DEW-SCENTED – Icarus (Metal Blade)

Martwi mnie tak niski poziom ostatnich albumów Dew-Scented. Równie mocno co martwi, dziwi udział w trasach zarówno z Nile czy Kreatorem, bo ani to stylistycznie do siebie nie pasuje ani tym bardziej, nie równa się poziomem.

„Icarus” to dziewiąty album w karierze zespołu i trzeci z kolei, który nie przynosi żadnych zmian w stylistyce grupy. Powiem to wprost i najprościej jak się tylko da – są lepsi, młodsi i robiący to znacznie brutalniej niż Dew-Scented i wcale nie zjadają własnego ogona, a niefortunnie, żaden duży label się takimi kapelami nie interesuje. Nie wiem, czy tak do bólu wtórny thrash/death jeszcze robi na kimkolwiek wrażenie, ale obstawiam (a nawet dam sobie rękę uciąć…), że Ci co bardziej osłuchani nie tylko w niemieckim metalu, jak i choćby, by daleko nie szukać, po prostu w (starym) metalcore – są w stanie wymienić z 10 jak nie 20 lepszych zespołów niż Dew-Scented.

Co ciekawe, jedynym członkiem zespołu, który ostał się przez te wszystkie lata jest wokalista, który zawsze był najsłabszym ogniwem germańskiego komando. Szlag mnie trafia gdy słyszę ten pusty wokal, bo ni to scream ni growl, a już z całą pewnością nie ryk mający porywać tłumy długowłosych fanów metalu. A co więcej, dziwię się, że po wymianie prawie całego składu muza w ogóle się nie zmieniła i Metal Blade pragnie inwestować pieniądze w taki zespół. Jeszcze gdyby tak te riffy waliły po pysku, albo breakdowny miały sens i rację bytu, a solówki miały w sobie coś z młodzieńczej furii, no to jeszcze może dałbym im szansę, a tak dupa.

Jedna z najlepszych parodii reklam z telesklepów przedstawia fusatego pana, który na wieść o nowym produkcie stwierdza: „Panie, idź Pan w chuj’’. To i ja mu wtóruję i sparafrazuję: „Dew-Scented, idźcie w chuj’’.

Grzegorz „Chain” Pindor