DEVIN TOWNSEND PROJECT – Transcendence (InsideOut Music)

Któregoś dnia doszedłem do wniosku, że ten cały Townsend to taki David Bowie metalu szeroko pojmowanego. Spokojnie, zanim czytelnicy fanpage’a Są na świecie płyty, o których nie śniło się młodym klerykom wytkną mi brak elementarnej wiedzy i zrównają mój gust z najmniej żyzną glebą świata, proponowałbym się dobrze zastanowić. Niesamowicie charakterystyczna barwa głosu i mistrzowsko opanowany warsztat – są. Kilka muzycznych wcieleń i swoiste ADHD – jeszcze jak. Miłość do staroci – owszem. Czego więc spodziewać się po filantropie ze skłonnościami do paranoi i schizofrenii? Człowieka, który zaskakuje wszystkich swoimi solowymi dokonaniami i kooperacjami? „Transcendence” także wprawia w osłupienie, ponieważ Devin… Devin podsumował swoją twórczość, absolutnie nie siląc się na inkorporowanie nowych elementów.

„Transcendence” to nic innego, jak swoisty, muzyczny pamiętnik. Pełen wrażeń lot od „Sex&Religion”, aż do wypełnionej kontrastami teraźniejszości. Pozbawiony włosów na jakimkolwiek zakamarku ciała lunatyk pełnymi garściami czerpie z większości palety brzmień tak starannie kształtowanej przez bite 23 lata. Pod płaszczykiem ciepłego, kojącego ucho brzmienia przemycił glam metalową wręcz melodykę, która stanowiła 90% sukcesu wspominanego już „Sex&Religion”. Pozwala sobie na humorystyczne wtręty będące jedną z nadrzędnych cech majestatycznej, wysoce rozbudowanej „Synchestry”. Stale czuwa nad obecnością dojrzałych struktur kompozycyjnych i inteligentnej symboliki zapoczątkowanej na „Terii”, co tonuje w iście subtelny sposób nienachalną przebojowością „Ocean Planet”. Do wszystkiego niedbale sypnął pozytywnego, odrodzonego ducha Ziltoida i dokonań pod szyldem Devin Townsend Project, toteż celowo pominął – chyba już będące jego życiowym przekleństwem – kochane Strapping Young Lad.  Wyżej piałem ze zdumienia nad brakiem nowości, i chyba się kapkę zagalopowałem. Jak można nie uświadczyć wcześniej nieodkrytych smaczków u takiego maniaka? Niosącego szczęście filozofa spełnienia? Singlowego „Failure” przykuwającego uwagę djentowym riffem i wtórującą mu patetyczną melodią? „Higher” zaś jest idealnym przykładem możliwości kontrolowanego chaosu Devina. Instrumentalne ekwilibrystyki złożone na kobiercu grooviastych riffów i nieomal gospelowej ekspresji. Brzmi dobrze? No jasne, że tak! Całość trafnie otwiera wskrzeszone „Truth”, a zamyka wyjątkowo dobrze przerobione „Transdermal Celebration” z repertuaru Ween. Kapeli, której humor zawarty w osnowie lirycznej jest bliższy Devinowi, niż moglibyście pomyśleć. Czy wrodzony pracoholizm i częściowe zmęczenie intensywnym trybem życia Townsenda wpływa negatywnie na płyty? Pewnie. Przedostatnie „Sky Blue” nie ominęło niewdzięcznego gruntu mielizn, a „Transcendence” nie zawsze zachwyca i dosadnie punktuje najlepsze rejony muzyki progresywnej. Ale na tym polega urok dzisiejszego Townsenda. Jakże bliski ludzkim cechom, nieidealny, chwilami wręcz niesforny, ale prawdziwie urzekający i przejawiający geniusz. Z moich słuchawek właśnie sączą się dźwięki do bólu pozytywnego „Stars” i co tu mówić: takiego Deva bardzo lubię.DT

Wy też polubicie. A tam polubicie. Przecież od dawna z nim sympatyzujecie, jak każdy. Kiedy przestaniecie kreować swe wewnętrzne transcendentalizmy na poezję XXI wieku, powitajcie uśmiech radość i odpalcie „Transcendence”. Jakże świetna metoda na utrzymanie dobrego nastroju w ten jesienny, gorzki dzień.

Łukasz Brzozowski 

Cztery i pół