DEVIN TOWNSEND PROJECT – Epicloud (InsideOut)

Nagrać pięć długograjów na przestrzeni czterech lat to nawet dla Beatlesów czy Rolling Stonesów w najbardziej aktywnym okresie działalności byłoby osiągnięcie. Widać były lider Strapping Young Lad nie ma problemów z produktywnością, bo co tylko uderzy w struny, powstaje nowa płyta.

„Epicloud” to bardzo mainstreamowy album, napakowany wymuskanymi do granic możliwości kawałkami ciężkiego rocka, napisanymi jak na zamówienie do radia. Przyjemne melodie i łatwe do zapamiętania aranżacje. Można powiedzieć, że lubi się i zna te numery już przy pierwszym przesłuchaniu. Z pewnością nie są to takie wywijasy i labirynty, które Townsend pisał dla The Devin Townsend Band. Przede wszystkim nie ma na „Epicloud” tylu zmian temp i niespodzianek. Nacisk został położony na melodyjność, przystępność i groove, a w dużo mniejszym stopniu na progresywny charakter muzyki. Największym atutem tej płyty jest jej bardzo bezpośrednia konstrukcja. Numery same wpadają w ucho. „Epicloud” jest natchniona nastrojem najlepszej, rockowej zabawy i tryska zaraźliwym entuzjazmem.

Dopiero w siódmym z kolei numerze „Kingdom” pojawiają się brutalne, gitarowe riffy i podwójna stopa, co naturalnie kojarzy się z rozpoznawalną intensywnością i siłą Strapping Young Lad. Zaraz potem jako przeciwwagę zespół serwuje ckliwą balladę „Divine”. Rozmachem znanym z poprzednich produkcji Devina uderza między innymi „Grace”, gdzie jak w kilku innych numerach wokalnie udziela się znana z The Gathering Anneke van Giersbergen. To nie ich pierwsza kolaboracja. Anneke śpiewała także na jednej z poprzednich płyt Devina „Addicted”. Rasowe, metalowe riffy pojawiają się również w „More!”, co stanowi swojego rodzaju przeciwwagę dla bardziej miękkich „True North” czy „Lucky Animals”, otwierających album.

Devin Townsend to współczesny Mozart heavy metalu. Jest w stanie napisać ciężki death metalowy numer od tak, ale to się mu już odrobinę znudziło. Nie ma problemu z progresywnymi suitami, jest wybitnym multiinstrumentalistą. Trzeba stworzyć epicką, metalową operę z udziałem sekcji dętej i chóru gospel ‒ dla Devina to bułka z masłem. Człowiek orkiestra to mało powiedziane. Czy jest coś, czego ten facet nie potrafi?

Adam Drzewucki