DEUS MORTEM – Demons of Matter And The Shells Of The Dead (Malignant Voices)

Trzy lata temu ukazał się jeden z ważniejszych – w mojej ocenie – albumów w polskim, black metalowym podziemiu. Na końcu pokrętnej myśli, mam oczywiście Emanations of the Black Light Deus Mortem. Była to płyta, na którą wiele osób czekało już od chwili, gdy z wrocławskich piwnic wydostały się pierwsze plotki o zawiązaniu współpracy pod wspomnianym szyldem przez persony znane z obrażania bozi w tak zacnych ekipach jak Anima Damnata, Infidel, Infernal War, Azarath… No cóż, w czasach, gdy black metalowi twórcy szukają poklasku w coraz śmielszym wytyczaniu szlaków porozumienia z innymi gatunkami, Deus Mortem, zupełnie nie zaskoczył płytą na wskroś old schoolową. Tego się można było spodziewać i mimo, że zaskoczenia nie było, do „Emanations…” wracam chętnie i często, szczególnie wtedy, gdy coraz bardziej męczą mnie wydumane pomysły nowomodnych grajków. Dlatego też na nowy materiał zespołu czekałem i z niemałym zapałem zabrałem się do rzeczy, gdy tylko było to możliwe…

„Demons…” to tylko i aż trzy nowe kompozycje. Mgnienie oka, ponad dwadzieścia minut muzyki. Ale zostawmy te informacje bez większego znaczenia. Nowa ep-ka Deus Mortem to przede wszystkim niebywale dojrzała, black metalowa produkcja. Mało tego! W moim odczuciu forma, jaką prezentuje zespół w tej chwili stawia ich w pierwszym szeregu black metalowej ekstraklasy na poziomie światowym. Ktoś powie – to tylko old school’owy black… no i będzie miał rację, ale w tych trzech słowach zawiera się sens i istota grania tego typu muzyki. Old School Black. Nowe dźwięki sprokurowane przez Deus Mortem to przede wszystkim jeszcze lepsze niż na debiutanckim LP brzmienie. Soczyste, śmierdzące siarką i lepkie smołą, a tak na poważnie, bardzo dobrze ukazujące balans między chaosem, ciężarem a szybkością, które to elementy stanowią szkielet muzyki wrocławskich wyjadaczy. Słychać, że albo producent spędził nad materiałem naprawdę długie godziny, albo po prostu ma łeb na karku i dużo umiejętności. Bo przecież bądźmy szczerzy, takie dźwięki łatwo zamienić jest w bezkształtną breję. Tymczasem „Demon…” prezentuje się obskurnie, wulgarnie, ale też potężnie.dm

Nie będę pisał o tym, którego charakterystycznego black metalowego regionu jest dziś bliżej Deus Mortem. Zamiast tego wspomnę jeszcze w kilku słowach o tym, że zespół rozwinął się w kwestii podstawowej, czyli kompozycji. Nie ma tu rewolucji; materiał jest kontynuacją tego, co słyszeliśmy na debiucie, tyle, że mam wrażenie, że dziś jest to po prostu klasa wyżej. Świetnie wypadają szczególnie wolne momenty, gdzie w dźwiękach pojawia się ciężar i przestrzeń, choć tak naprawdę doskonale gryzą również szybkie solówki, których kilka zostało upchniętych w smolistym wyziewie. Generalnie podoba mi się to, że w kontekście wykonywanego gatunku Deus Mortem rzeczywiście gra świetne riffy. Wydawać by się mogło, że black metal starej szkoły można skutecznie brzdąkać na kilku prostych, prawie transowo powtarzanych akordach, ale zespoły takie jak Deus Mortem pokazują, że można grać muzykę obskurną, dziką i robić to z klasą. Mało tego, patrząc przez pryzmat kolejnych materiałów grupy zarówno tej wykonawczo-twórczej klasy jak i obskurnej, śmierdzącej truchłem krypty jest z muzyce zespołu coraz więcej…

„Demons…” to rzecz krótka pozostawiająca słuchacza w stanie permanentnego niedosytu. Z drugiej strony jest to świetny prognostyk przed, mam nadzieję, zbliżającą się wielkimi krokami drugą pełną płytą. W czasach, gdy black metal grają literalnie wesołe zespoły w stylu Batushka dobrze jest wiedzieć, że ciągle nie zginął duch epickiego, zionącego ogniem podziemia. Materiał na piątkę z plusem i mówiąc wprost – jedna z lepszych rzeczy w polskim black metalu A.S. 2016…

Wiesław Czajkowski

Pięć i pół