Dethklok – III (Williams Street Records)

Projekt Dethklok, który powstał niejako trochę dla żartu, a trochę po to, aby wesprzeć hype wokół serialu animowanego, przerodził się w pełnoprawny zespół, który wydaje już trzeci autorski materiał. Przetarłem oczy ze zdumienia, bo nie sądziłem, że ktokolwiek pamięta jeszcze o serii, a tym bardziej, świadomie wraca do tamtych materiałów.

W każdym bądź razie, trójka, to dość przyzwoity nowoczesny metal, osadzony na groove/melodic death metalowych podwalinach. Rzecz, która przypadnie do gustu zarówno wielbicielom Ex Deo, Amon Amarth, jak i tym, którzy upatrywali bogów w Daath czy jednym z nowych nabytków Metal Blade – Battlecross. Zatem drogi czytelniku, wnioskując z samych nazw odnośników, które podałem, możesz wnieść, że Dethklok to dość intensywne łojenie, bogate w harmonie, stworzone do headbangingu… ale, już niezbyt odkrywcze. Tutaj niestety wychodzi na jaw natura tego bandu. Bo, lider zespołu oraz pomysłodawca animacji, nie jest najlepszym kompozytorem świata, i wciąż traktuje to jako zabawę. A, że jest w stanie na niej dość dobrze zarobić (tegoroczna trasa z Machine Head), to warto ten cyrk ciągnąć. Dopóki, dopóty ma się za bębnami Gene’a Hoglana, i można, bez wstydu kuć żelazo hype’u póki gorące.
Jeśli miałbym wybrać najbardziej reprezentatywny utwór dla tego wydawnictwa, postawiłbym na dość przebojowe, piekielnie nośne i trochę odstające od reszty „Impeached God”. To zresztą jeden z najlepszych utworów Dethklok w ogóle, i dowód na to, że panowie potrafią zagrać z większym luzem. Jednakowoż, z przykrością stwierdzam, że do „III” wracać nie będę, bo tak właściwie nie ma po co. Mnie osobiście ten band do niczego potrzebny nie jest, poza tym, nie ma możliwości zobaczenia ich w naszej części świata ((a domyślam się, że na żywo jest kosa!), mimo całej sympatii dla kreskówki i przede wszystkim, debiutu, nowy album Dethklok ląduje na półce i… tam już pozostanie.
 
Grzegorz „Chain” Pindor