DESZCZ – Deszcz

Długo zastanawiałem się w czym tkwi fenomen debiutanckiego albumu poznańskiego Deszczu. Teoretycznie jest to płyta całkowicie zamknięta w kanonie, nie wychylająca się właściwie ponad cechy charakterystyczne crust punka, a jednak potrafiąca zawładnąć moim odtwarzaczem na bardzo długo. Próby wysnucia bardziej wyszukanej konkluzji spełzły na niczym, a jedyny sensowny wniosek, do którego udało mi się dotrzeć, to stwierdzenie, że do czynienia mamy nie tyle z deszczem, co z prawdziwą nawałnicą. Nawałnicą emocji – trzeba dodać.

Można Deszcz definiować jako crust, neocrust czy dark hardcore, jednak dokładna szufladka nie ma większego znaczenia. Dużo bardziej istotny jest fakt, że poznaniacy sięgają do tych samych środków, co Trap Them czy Nux Vomica, jednak oplatają to jakby w gęstszą sieć ekspresji. „Deszcz” to album pełen autentycznego wkurwienia, jednak równie wiele słyszę na nim bólu i desperacji, swego rodzaju beznadziei, przez co chłopaki brzmią jakby byli zagonieni w ślepy zaułek i szczerzyli kły w ostatnim przypływie szaleńczej wściekłości. To muzyka dla tych, którym jest już chyba wszystko jedno i chcą tylko dać upust gnijącym wewnątrz emocjom. Deszcz osiąga swój cel nie tylko goniąc na złamanie karku, ale też dorzucając dużą dawkę melodii – tak jest chociażby w moim ulubionym „The Abyss”, gdzie gitary są wprost obłędnie melodyjne. Panowie tych melodii przemycają jednak znacznie, znacznie więcej, właściwie do każdego utworu i to one – na równi oczywiście z bezwarunkowym wpierdolem – stanowią o charakterze tego wydawnictwa. Zadbali przy tym o dopracowane aranże, dopieścili brzmienie, całość dopełnili pełnymi ekspresji i pasji partiami wokalnymi.Deszcz

Krótko mówiąc – „Deszcz” to krążek kompletny, na którym wszystko zgadza się od A do Z, a jednak to nie perfekcjonizm jest jego największą siłą. Znów najważniejsze staje to, co nieuchwytne.

Michał Fryga

Pięć