DESPERATE TIMES – New Curse of Action (Last Warning/Ratel Records)

Aż dziw bierze, że nie są z Nowego Jorku. Innymi słowy, można rzec, że pochodzą z brudnych ulic Lublina. Albo Świdnika. W każdym bądź razie nowa ep-ka „New Course Of Action” zahacza o typowo nowojorskie brzmienie, pomimo tego, że ci dobrzy ludzie urzędują na co dzień na wschodzie naszego pięknego kraju. Nie wszyscy, ale o tym za chwilę. Mowa tutaj o Desperate Times, którzy to doczekali się kolejnego w swoim dorobku wydawnictwa, od kilku dni dostępnego w Last Warning i Ratel Records, na jedynym słusznym dla hc nośniku, czyli siedmiocalowym winylu.

Jak to bywa w przypadku ep-ek, szybko się zaczynają i zaraz jest po wszystkim, na dodatek trzeba po dosłownie kilku minutach przełożyć płytę na stronę B, żeby znowu przez kolejne kilkadziesiąt sekund coś wydobywało się z głośnika, taki to już urok wracającego do łask anologowego sprzętu. Singiel zawiera 4 (słownie: cztery) numery, z czego do jednego z nich, „Corner Stone” doklejone jest intro. Start z przysłowiowej, grubej rury, od samego początku daje się odczuć mrok i niepokój jakie niosą ze sobą te kawałki, coś w sam raz na niespokojne czasy, wszędobylskie bezrobocie i konieczność wiązania jakoś końca z końcem. „No More” zaczyna się od wolnego basu, ale już za chwilę słychać, że to nie Youth Of Today. Mój typ to zajebisty, trzeci w kolejce „New Course Of Action”, z bardzo fajnie złamanym rytmem, w którym swoje trzy grosze, albo raczej pensy, dorzucił wokalnie Mr Adam Malik, kojarzony choćby z Pain Runs Deep, czy londyńskim Inherit, jeśli ktoś nie zna – warto się zainteresować, w myśl słów „cudze chwalicie” itd. Ostatni „Never Know” – dużo thrashu, mosh’u, chwytliwy refren i koniec imprezy.

Ten mini materiał to porządne, niespełna dziesięciominutowe lanie pasem, niczym na sławetnej osiemnastce. Wszystko osadzone w średnim tempie, jest moc, jest flow, zatem idalna opcja dla lubiących podnosić ciężary. Z ciekawostek, jest to pierwsza nagrywka z udziałem weterana sceny Radka Duchnickiego, zdzierającego niegdyś gardło w zespole In Hell, który nawet po dwudziestu latach urywa cztery litery, więc mamy kolejny punkt, dlaczego warto ep-kę sprawdzić. Ten skład na żywo jest już klasą samą w sobie, a niełatwo ich złapać, bo wspomniany wokalista mieszka za oceanem, radzę zatem co jakiś czas monitorować, co się dzieje w Twoim mieście, albo wypatrywać tej nazwy na plakacie, bo szkoda byłoby coś takiego przegapić. Reasumując, następna świetna pozycja na rodzimej scenie hc i nie tylko, coś jakby nowy kurs w historii DT. Dziękuję, dobranoc.

Sam Tromsa

Cztery i pół