DESOLATED – The End (MLVLTD Records)

Jeśli piętnaście lat temu biłeś pokłony przed brutalnością breakdown, a dziś nie możesz żyć bez Foundation i niemieckiego beatdownu, propozycja wszem i wobec lubianych Brytyjczyków z Desolated powinna Ci przypaść do gustu. Początkowo zespół był prześmiewczą odpowiedzą na panującą na scenie „napinkę” wynikają ze zbyt poważnego traktowania beatdownu, z czasem stali się jednym z najbardziej rozpoznawalnych aktów na Wyspach. Zresztą, obok Pay No Respect, zaprzyjaźnionego Malevolence czy absolutnie genialnego w swej klasie Brutality Will Prevail nie mają większej konkurencji. Ot, grają brutalnie, wściekle, ale nie jest to kwadratowe, teutońskie łojenie jak u naszych zachodnich sąsiadów, gdzie ostatnio za punkt honoru stawiają sobie granie jak najprostszych riffów i ubieranie ich w odzienie antify. Na całe szczęście Desolated mają polityczne niesnaski gdzieś i liczy się muzyka.

W przypadku clue „The End” panowie niebezpiecznie zbliżają się do poziomu hord pokroju Nasty czy Xibalba, co, jeśli choć raz słyszałeś wyżej wymienione, jest rekomendacją, ale i przestrogą, aby od tego bagna trzymać się nieco z daleka. Wciąga mocno, a jeśli jesteś typem mizantropa i nihilisty, takie łojenie szybko stanie się paliwem dla twojej nienawiści. Swoją drogą, na tyle, na ile znam część ludzi tworzących prawie wszystkie nazwy jakie padły w tym tekście, nigdy nie powiedziałbym, że są jakoś znacząco negatywnie nastawieni do świata. Okazuje się jednak, że wkurwienia, choćby nie wiem jak dobrze skrywanego, nie da się w sobie trzymać, stąd dzieła takie jak „The End”.

Krążek składa się w głównej mierze z kompozycji opartych na typowych dla beatdownu schematach. Zatem jest gęsto, tłusto, kiedy oczekujemy 2-stepu, to go otrzymujemy, a sludge’owe i thrashowe inklinacje od czasu do czasu znacząco odświeżają przyjętą formułę. Jedyne czego nie mogę przełknąć, to tak dużej ilości breakdownów. Ja wiem, że to niemalże kamień węgielny takiego grania, ale kiedy chłopaki zbaczają w stronę dokonań Brutality Will Prevail („Out of Luck”) słychać, że to, co jak mniemam traktują niczym eksperyment i odskocznię jest czymś, w czym w niedalekiej przyszłości mogą się wyspecjalizować. Wystarczy dorzucić do mieszanki więcej południowego klimatu, a do tego popracować nad bardziej bujającym groove, aby z czasem o Desolated mówić jako o zespole z pierwszej ligi, który warto polecić metalowcom na co dzień stroniącym od hardcore’a.Desolated

Czy Desolated wali po pysku? Owszem, z siłą Kliczki, ale brakuje im odpowiedniego przygotowania technicznego, aby w tej smole działo się więcej, lepiej i częściej niż raz na dwa, trzy utwory. A najbardziej odczuwalnym brakiem jest absolutne pozbawienie „bożej iskry” wokalisty, który gdyby nie gościnne udziały krzykaczy Malevolence i byłej pierwszej damy niemieckiego hc, Larissy (Ex-Wolf Down), głos frontmana Desolated w kategorii „zamulacz” miałby gwarantowane pierwsze miejsce. Poza tym, „The End” jest ciosem, niebezpiecznie zbliżającym się do knockoutu zadanego przez ubiegłoroczny krążek Nasty.

Grzegorz „Chain” Pindor

Trzy i pół