DESERTED FEAR – Dead Shores Rising (Century Media)

Czym jest dzisiaj melodyjny death metal? Pełnoprawnym gatunkiem muzycznym, czy jednym z kozłów ofiarnych metalowej sceny i nieudanym młodszym bratem sztokholmskiego giganta? Zastanawiam się też, jak ma się popularność tego nurtu dzisiaj. Może wciąż ma on swych zagorzałych fanów, którzy kruszą kopie w jego obronie, a może jest jedynie średniej klasy odpryskiem szwedzkiej, deathmetalowej tradycji? Najnowszy album Deserted Fear nie dostarcza mi odpowiedzi na te pytania, ale za to prowokuje do zadawania kolejnych, jak chociażby: jaki jest interes Century Media w zasilaniu swojego katalogu takimi kapelami? Ani to oryginalne, ani specjalnie żywiołowe, ani napędzane tzw. iskrą bożą…

Warto też dodać, że nawet historia niemieckiego Deserted Fear nie wyróżnia się spośród całego zgiełku kapel grających szeroko pojętą szwedziznę na różne sposoby. Ot, trzyosobowy skład zza naszej zachodniej granicy, uprawiają skandynawską melodyjną mielonkę, a w dodatku w ich składzie doszło do zmiany jedynie tak nieoczywistego ogniwa, jak basista. Reszta person w formacji łupie metal pod szyldem Deserted Fear już od przeszło dziesięciu lat bez większych perturbacji i skandali. Kilka odsłuchów „Dead Shores Rising” za mną, ale niezmącona niczym zagadka – „Po co Century Media takie zespoły?” – wciąż nie została rozwiązana. Bo i nie widzę nic nadzwyczajnego, a tym bardziej nadzwyczajnie dobrego na trzecim długogrającym wydawnictwie Deserted Fear. Fakt, mielą poprawnie, podług wszelkich prawideł ułożonych w zamierzchłych czasach przez klasyków gatunku, jak At the Gates albo Amon Amarth. Prowadzi to więc do utworów opartych na prostych, raczej nośnych rozwiązaniach rodem ze stolicy melodyjnego death metalu ze Szwecji – Göteborga. Wszyscy je znamy, ale lubią tylko niektórzy, w tym ja: melodyjne riffy w średnioszybkich tempach śmiało poczynają sobie przy wtórze cokolwiek nieskomplikowanej pracy sekcji rytmicznej, co skutkuje oczywiście prostymi kompozycjami. Aby przymiotnik „prosty” nie pozostał w osamotnieniu, warto wzbogacić go o towarzystwo znacznie szlachetniejszego: „przebojowy”. Jak to zrobić? Nic prostszego, wystarczy wzmocnić szkielet utworów kilkoma rozwiązaniami, których odpowiednie wykorzystanie nie wymaga szczególnego intelektu, ale z łatwością nadaje poszczególnym numerom rangę hitów. I tak też uczynili panowie z Deserted Fear. Do struktury swoich aż nadto zwyczajnych piosenek dodali takie elementy, jak patetyczne zwolnienia, czy refreny, które aż się proszą, by w wojowniczym geście machać pięścią na koncertach… co i tak nie przyniesie powalającego efektu.Deserted Fear 2017

Oczywiście, te utwory mają zadatki na prawdziwie metalowe przeboje, ale oprócz tego są obarczone jedną, drobną wadą: brzmią niemalże dokładnie tak samo. Nieważne, czy słucham akurat „Open Their Gates”, czy „The Carnage”, czy któregokolwiek innego z kawałków tworzących „Dead Shores Rising”, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że cały czas słucham jednej piosenki. Owszem, piosenki, która obfituje w zmiany temp, ale jedna piosenka wciąż pozostaje jedną piosenką. Zbyt długą i monotonną. Dającą pewien potencjał na przyszłość, ale… czy nie jest już za późno na sam potencjał?

Łukasz Brzozowski 

Trzy