DEPRAVITY – New World Order (wyd. własne)

W obecnych czasach nie tylko w branży muzycznej – choć w tejże jest to zjawisko wręcz nagminne – coraz częściej zaobserwować możemy tak zwane „odejście na swoje” lub jak to niedawno usłyszałem, „na drugi krąg”. Cóż to takiego, spyta ktoś. Otóż, nie tylko muzycy, ale także w dużej mierze realizatorzy dźwięku, nagłośnieniowcy, nawet lutnicy, słowem, każdy kto liznął mniej lub więcej wiedzy ogólno muzycznej, kto pragnie rozwijać się tylko i wyłącznie według swoich zapatrywań i być totalnie niezależnym, na pewnym etapie swojego życia postanawia niejako „wyrwać się” spod opiekuńczych skrzydeł  starszych kolegów z zespołu czy też innych szefów.

Jak to zrobić? Po prostu, trzeba mieć jaja i zdobytą wcześniej wiedzę wykorzystać w stu pięćdziesięciu procentach w przyszłości, już „na swoim”. Tak też postanowił uczynić bohater niniejszej „opowieści”, może jeszcze nie w stu pięćdziesięciu, ale zawsze! Przemysław Bachaj ukrywający się pod pseudonimem Exile bo o nim mowa, to zaledwie dwudziestokilkuletni muzyk mający już za sobą staż w Dished, Perverse, nie wspominając o kilkuletnim wspomaganiu stołecznego Sphere! Brzmi imponująco, prawda, ale Exile postanowił zrobić kolejny krok już na własny rachunek. Skomponował muzykę, napisał kilka niegłupich tekstów, po czym zamknął za sobą drzwi studia nagraniowego i zarejestrował „New World Order”, czyli debiutancką promówkę swojego autorskiego projektu Depravity! Nie byłoby w tym nic dziwnego, ot muzycy spotkali się, popróbowali i nagrali materiał. Otóż nie tak prędko – za wszystkie ślady gitar, basu, bębnów oraz wokali odpowiedzialny jest tylko jeden człowiek. Jest to oczywiście nasz znajomy Przemek! Co prawda, nie jestem zwolennikiem opowiadania w recenzjach o każdym utworze z osobna, ale skoro są tylko trzy, postanowiłem złamać tę zasadę i oto proszę, moje wnioski.Exile

Materiał otwiera krótki, zaledwie trzyminutowy „No Redemption”. Bez żadnego, biomechanicznego przynudzania lub innych akustycznych introdukcji, niejako aby zmylić słuchacza dostajemy dosłownie kilka posępnych, wolnych akordów, które momentalnie przeradzają się w ultra szybkie riffy, jeden po drugim świdrując narządy słuchowe niemal do krwi! Kolejny cios w postaci „Peace Is A Lie” zabiera nas w taką retrospektywną podróż poprzez „Blessed Are The Sick”, „Butchered At Birth”, ale nie pozostając obojętnym na o wiele świeższe rzeczy pokroju „Monolith Of Inhumanity”. Tutaj na uwagę zasługuje kończące utwór, niezwykle melodyjne, klimatyczne solo gdzieś podświadomie przywodzące na myśl Chucka Schuldinera! Trzeci i tym samym zamykający stawkę utwór „Mortification” to chyba najbardziej różnorodna i rozbudowana kompozycja, rozpędzająca się niczym kilkudziesięciotonowa ciężarówka po brzegi załadowana krążkami Gorefest i Bolt Thrower. Dość sprytnie przechodzi w riff, którego nie powstydziliby się Francuzi z Gojira, po czym dostajemy ultra nowoczesną, śmierć metalową nawałnicę, w rytm której zaprezentował się jeden z nielicznych gości jacy zostali zaproszeni do nagrania „New World Order”, mianowicie Marcin Budaj znany ze szczecińskiej Rockasta, który wzbogacił ten utwór swoją solówką.

Bardzo poprawnie wydany digipack Depravity zawiera, niestety, tylko te trzy utwory. To chyba największa wada tego materiału, ale jak na promówkę, a przede wszystkim sprawdzenie swoich sił w boju jak najbardziej wystarczy. Oczywiście, każdy ze słuchaczy będzie miał inne muzyczne skojarzenia, bądź to z racji wieku, bądź ze zwykłego sentymentu do ulubionych płyt, jedno jest pewne i niepodważalne: gdyby death metal i jego wszystkie odmiany porównać do Morza Czerwonego to nawet największa wyprawa Izraelitów potopiłaby się w nim na amen…

Krzysztof Dobrowolski

Cztery