DENOUNCEMENT PYRE – Almighty Arcanum (Hells Headbangers)

To już druga płyta Denoucement Pyre i zarazem kolejna, z którą za bardzo nie wiem co począć. Jako recenzent nie powinienem może przyznawać się do pewnego rodzaju bezsilności, ale nie zważając na to, od razu wyłożę kawę na ławę. W czym problem? Otóż Denouncement Pyre teoretycznie ma wszystko co potrzebne, by podbić serca i portfele słuchaczy. Są z Australii, potrafią grać i celują przy tym w rejony, z którymi ich ojczyzna jest kojarzona. Jednocześnie brakuje im czegoś, co sprawiłoby, że „Almighty Arcanum” dłużej potańczy w moim odtwarzaczu.

Nie wiem, czy chodzi tu tylko o brak oryginalności, bo przecież to samo mógłbym zarzucić takiemu Mongrel’s Cross, którego debiutanckim albumem zachwycałem się na łamach Violence jakiś czas temu. Owszem, chwilami zapominam, że słucham Denouncement Pyre, a nie Deströyer 666, Dissection czy Watain. Można powiedzieć, że ten zespół to taki muzyczny kameleon, który obracając się w stylistyce kojarzonej z Australią lubuje się jednocześnie w cytatach z czołowych przedstawicieli death/black metalu. To jednak nie powód do całkowitej dyskwalifikacji. Samym kompozycjom też niewiele mogę zarzucić, bo pasują „i do ucha i do tańca”. Problem w tym, że niewiele z tego zostaje w głowie. Wychodzi więc na to, że Denouncement Pyre to kolejna grupa solidnych rzemieślników, którym brakuje tej „iskry bożej”, mogącej wynieść ich na czoło stawki.

Kto wie, może znajdą się i tacy, którym ten album wypali na duszy jakieś trwałe piętno. Nie da się zaprzeczyć, że „Almighty Arcanum” to fajna płyta, ale adresowana raczej do nienasyconych maniaków australijskiego grania niż do tych, którym do szczęścia wystarczą dwie lub trzy płyty z taką muzyką. Dla mnie to tylko jedna z wielu solidnych propozycji z krainy kangurów, a ta zdążyła już rozpieścić słuchaczy przyzwyczajając ich do metalu wysokiej jakości. A jak nie ma bezrybia, to nawet najpiękniejszego raka w rybę nie da się zamienić.

Michał Spryszak