DEMONIC DEATH JUDGE – Seaweed (Suicide Records)

Trzeci długogrający album w dorobku Demonic Death Judge nie zaskakuje, ale przecież też w ogóle nie musi. Finowie zdefiniowali się właściwie na samym początku i po raz kolejny zawiesili sobie poprzeczkę jeszcze odrobinkę wyżej. Fakt faktem, o wszystkim wciąż decydują jedynie te słynne detale, niemniej cieszy, że nawet w stosunkowo hermetycznym stylu, jakim jest szeroko rozumiany stoner/sludge metal, można nagrywać płyty wierne gatunkowym standardom, a przy tym bardzo udane.

Charakterystyczne dla stylu Demonic Death Judge jest to, że choć całymi garściami czerpią z dokonań klasyków (czytaj: Electric Wizard i Sleep), potrafią nadać mu własnego – niech będzie – niepowtarzalnego charakteru. Być może to kwestia pochodzenia, bowiem słuchając „Seaweed” dość łatwo wyczuć ten swoisty, skandynawski pierwiastek, zaś samo brzmienie albumu prędzej będzie przywodzić na myśl fińskie mokradła niż pustynię w Arizonie. To album, gdzie każdy dźwięk bulgocze, kipi i ciągnie się niczym smoła, co doskonale podkreśla zarówno ciężar riffów, jak i ich chwytliwość. Nooo, a ciężko to jest jak cholera – nawet jak na gatunkowe ramy. I wolno. Często nawet bardzo, bardzo wolno, co sprawia, że te wszystkie riffy a’la Iommi łamią piszczele niezwykle boleśnie.

Czym by to jednak było, gdyby nie dobre pomysły? Serio, po prostu dobre pomysły. Chłopaki są niezwykle kreatywni i doskonale wiedzą, jak to całe bagno zagrać tak, żeby nawet przez moment słuchacz nie poczuł się znużony. Potrafią płynnie przechodzić z temp ultra wolnych do całkiem żwawych („Taxbear”), wiedzą, kiedy nieco złagodzić swoje oblicze i dać więcej przestrzeni dla melodii („Seaweed”), zagrają czasem jakąś bluesową solówkę („Backwoods”) albo po prostu dojebią riffem tak banalnym, że aż pięknym („Purecold”). Nad tym wszystkim unosi się również duch kwaśnego rocka, słyszany przede wszystkim w „Saturnday”, ale zaznaczający swoją obecność właściwie w każdym utworze. Sprawia to, że narkotyki sypią się właściwie z każdego dźwięku; do wyboru, do koloru, można powiedzieć.DDJ

Jedyne, co nieco męczy, to tyleż klasyczna, co monotonna maniera Jaakko Heinonena, jednak nawet ona w jakiś sposób naturalnie współgra z muzyką. Czepiać się monotematyczności w tym gatunku byłoby już, kurwa, przesadą… Krótko mówiąc, Demonic Death Judge nagrali płytę, która – mam przynajmniej taką nadzieję – odbije się szerokim echem wśród brodatej gawiedzi w dżinsowych kamizelkach.

Nie pozostaje nic innego, jak przywdziewać akwalungi z bongo zamiast butli tlenowej. Inhalacja oczywiście ziołem prosto z morza.

Michał Fryga

Cztery i pół