DEIVOS – Theodicy (Selfmadegod)

Death metal – choćby nawet zszedł do najgłębszych podziemi – za sprawą takich kapel jak Deivos zawsze będzie miał się dobrze. Zespół ma wszelkie predyspozycje, by grać każdy rodzaj muzyki, jednak swoją czwartą płytą potwierdza, że to właśnie wspomnianej stylistyce będzie wierny do – nomen omen – śmierci. I choćby za to należy im się szacunek. A skoro potrafią bez popadania w skrajności odczytać własną twórczość na nowo, tym bardziej warto zwrócić uwagę na ich nieprzeciętną robotę.

Recenzję Demiurge of the Void zakończyłem – że posłużę się auto-cytatem – takimi słowami: „Jeśli nie szukacie nowości tylko zapierającej dech w piersiach finezji, „Demiurge of the Void” urwie wam dupę…”. Tym samym zdaniem mógłbym z powodzeniem otworzyć dywagacje na temat czwartego krążka Deivos. Bo w zasadzie nic się nie zmieniło. Zespół pozostaje wierny ortodoksyjnej – szczególnie z dzisiejszego punktu widzenia – formule death metalu. Ciekawe jest to, że grana przez nich muzyka, jeszcze parę dobrych lat temu uważana za techniczną awangardę śmiercionośnej sztuki, dzisiaj staje się takim dziadkiem, co to młodzieży daje cukierki. W pozytywnym tego słowa znaczeniu – czyli uczcie się, gdzie korzenie wasze. Takie są pozory i efekt pobieżnego jedynie liźnięcia „Theodicy”. Bliższa znajomość z płytą unaocznia proces ewolucji, którego początki mogliśmy już zaobserwować na poprzednim krążku.deivos-d1

Przede wszystkim – nadal pozostając wierny zaawansowanemu technicznie łomotaniu – zespół wyraźnie odchodzi od maksymalnie pogmatwanego aranżowania swojej muzyki. Charakterystyczne dla nich, poszarpane, posiekane blastami i pozszywane strzępki kompozycji, na nowej płycie układają się zdecydowanie bardziej logicznie, w dodatku wszystkie utwory zmyślnie połączono w całość samplami. Techniczny aspekt tworzenia muzyki nadal jest tu obecny, ale wszystko jest podporządkowane ekspozycji riffu, jako podstawy. Zamiast zatem gonić i przewracać wszystko do góry nogami, zespół zwalnia – może nie w sensie dosłownym, bo nadal lubuje się w szybkościach – by smakować dźwięk, delektować się jego ciężarem i harmonią. Taka dojrzałość (nie mylić ze statecznością) wyszła muzyce Deivos na zdrowie. Bo o ile poprzednich krążków słuchałem głównie ze względu na ekwilibrystyczne wygibasy muzyków – teraz cieszę się klarownymi kompozycjami. Wreszcie świetny riff wylazł na wierzch a przy tym grupa brzmi jak idealnie dostrojony organizm. Jeśli już szukać ciekawostek, będzie to wyraźny ukłon w stronę transowych, zapętlonych nieco na modłę Immolation fragmentów, gdzie porzucono nerwową pulsację na rzecz miarowo mielącej maszyny. Skoro o mieleniu mowa – perkusyjna podpora Deivos, Wizun, doszedł już do siebie po wypadku, w którym uczestniczył razem z Blaze of Perdition i tłucze jak zawsze szaleńczo, ale i w jego grze obserwujemy zmiany – ekwilibrystyczne zagrywki pojawiają się w odpowiednich, przemyślanych momentach, częściej słychać za to miarowe odliczanie taktów, efektywne a nie efektowne. Firmowe patenty w postaci chociażby stukania w krowie dzwonki są, ale już nie tak eksponowane jak kiedyś. Słowem – powszechna dyscyplina.

Jedno jest pewne, jeśli chodzi o Deivos w 2015 roku – 100% ortodoksja pozostała głównie w wyglądzie panów, zaś muzyka wkroczyła zdecydowanie w wiek dojrzały. Co nie jest ani nadużyciem, ani przytykiem, tylko wyrazem ulgi ze strony niżej podpisanego.

Arek Lerch

Pięć