DEIVOS – Endemic Divine (Selfmadegod)

Być może zabrzmi to trochę fałszywie, ale cieszę się, że death metal w ostatnich latach umocnił swoją profesjonalną, rzemieślniczo solidną pozycję na scenie. Chyba nikt nie oczekuje już od tej muzyki czegoś nowatorskiego, chodzi raczej o tą przysłowiową chłostę i wp… gdzieś w okolicach nerek. Powyższe pasuje jak ulał do nowej, piątej płyty Deivos.

Kiedy zastanawiałem się, co jest największą wartością „Endemic Divine”, przyszło mi do głowy, że będzie to doświadczenie. Deivos swoją muzę tłucze od 1997 roku, nigdy nie zboczył z kursu, zawsze trzymał się – niezależnie od panujących mód – czystego death metalu. Nie zmogły go zmiany składu, problemy zdrowotne i inne nieszczęścia, z jakimi spotyka się każdy zespół na swojej drodze. I to procentuje na najnowszym krążku. Krążku, o którym z powodzeniem można powiedzieć, że jest dość przewidywany, ale w takim pozytywnym aspekcie. Chwytacie płytę z charakterystycznym logo i nie musicie się obawiać rozczarowania.DEIVOS

Jasne, zmiany są, szczególnie w stosunku do dość innowacyjnej jak na Deivos, płyty „Theodicy”. Najnowsze dzieło to taka deklaracja grupy, dobitne postawienie kropki nad „i”. Jeśli ktoś tęskni za szalonymi krowimi dzwonkami, znanymi z „Gospel of Maggots” czy „Demiurge of the Void”, trudno, nie dostanie ich zbyt wiele, jeśli domaga się drgnięcia kompozycji, co miało miejsce na poprzedniczce – też tego nie uświadczy. Jest za to cała masa świetnie zagranego, osadzonego i cholernie dojrzałego, amerykańskiego death metalu, nie mniej, ni więcej. Zespół na „Endemic Divine” jeszcze bardziej cofa się do centrum gatunkowego, zagęszczając aranżacje, Wizun młóci jak szalony, całość ma charakterystyczny, duszny, opresyjny klimat. Jeśli chcielibyśmy wymyślić coś w rodzaju wzorca tzw. brutalnego, technicznego death metalu, nowe dzieło Deivos sprawdzi się w tej roli znakomicie. Jest w tym wszystkim oczywiście podświadome pytanie o ewentualną ewolucję itp. Wydaje mi się, że w przypadku tej płyty progres tkwi w… regresie, oznaczającym inteligentne okopanie na zdobytych pozycjach, skomponowanie właściwych riffów i odsączenie z aranżacyjnej tkanki wszystkich zbędnych elementów.

Powstała w ten sposób płyta będąca doskonałym zwieńczeniem dwudziestoletniej kariery zespołu, death metalowy krążek, adresowany do maniaków gatunku, świadomie zamykający się w metalowym getcie, co potwierdza jedynie fakt, że Deivos w 2017 roku to maksymalnie szczery i autentyczny zespół. Mnie to wystarcza.

Arek Lerch

Zdjęcie: St. Chaos ART

Cztery i pół