DEIVOS – Casus Belli (Selfmadegod)

Koniec listopada 2019r. to premiera szóstej dużej płyty lubelskiego Deivos. A także okrągłe 20 lat na scenie tegoż bandu. Długi staż i ugruntowana pozycja. Jeśli jednak chcemy określić Deivos jednym słowem, najlepiej użyć takiego: stabilizacja. Szczególnie mijająca dekada to niemal idealny rozkład działań – kolejne płyty, kilka koncertów i niezmiennie wysoka jakościowo, ściśle określona mieszanka starego, dobrego amerykańskiego death metalu, ze szczyptą słowiańskiego szaleństwa. Zapraszamy do wysłuchania następcy wydanego dwa lata temu krążka „Endemic Divine”.

Deivos to sól death metalowej, polskiej ziemi. Jeśli szukacie czegoś nowego, chcecie śledzić trendy w metalu śmierci, raczej nie znajdziecie tego na płytach lubelskiego kwintetu. Trudno wyjaśnić, gdzie bierze się taka fascynacja określonym nurtem, podobnie ciężko byłoby zrozumieć maniakalne przywiązanie do takiej muzyki u Immolation. To zresztą mentalni bracia Deivos, w podobny sposób podchodzący do swojej roboty. Wracając do kraju, Deivos na najnowszej płycie kontynuuje pokutę za kilka nowocześniejszych dźwięków, jakie znalazły się na „Theodicy”. Podobnie jak na „Endemic Divine” tak i na „Casus Belli” dostajemy klasyczny, obdarty z jakichkolwiek prób unowocześnienia muzyki death metal, cholernie gęsty, wręcz opresyjny w stosunku do słuchacza, który to musi przedzierać się przez gęstą firanę dźwięku by zrozumieć pomysły zespołu. Ale to tylko brzmienie firmowe; ważniejsza w moim mniemaniu jest filozofia, jaką rządzi się ten band. Filozofia, która stawia zespół z dala od jakichkolwiek myśli o karierze, o sukcesie, nawet na tak ciężkim polu jak muzyka metalowa. Oni po prostu grają swoje, nie przejmując się trendami.DSC_3479

I tak po raz kolejny dostajemy świetnie skonstruowane, może mało oryginalne riffy, brutalny growl i firmowe krowie dzwonki. Jeśli jednak przebijemy się przez smołę brzmienia, okaże się, że zespół cały czas kombinuje (tak, cowbelle są, szczególnie w „Nuclear Wind”)  i na nowej płycie w kilku miejscach pojawiają się rozwiązania nieco bardziej przestrzenne, świadczące nie tyle o chęci odświeżenia formuły, co raczej o dojrzałości, którą w przypadku Deivos rozumiem jako umiejętność pogodzenia starej szkoły (czyli grania po linii Cannibal Corpse/Morbid Angel czy Nile – tak tak, Nile to już raczej stara szkoła…) z nieco mniej ortodoksyjnym podejściem do aranży i techniki. Żeby było jednak jasne – te „mniej ortodoksyjne” konstrukcje są umiejętnie wplecione w firmową mielonkę i trzeba je wychwycić, bo same do nas nie przyjdą. Być może dzięki temu nowa płyta nadaje się do wielorazowego użytku bardziej niż miało to miejsce wcześniej, pomijam „Theodicy”, rzecz jasna.

Co dalej? Równowaga. Pewność siebie. Doskonała technika, sugestywne wokale. Wszystko idealnie zmiksowane przez Tomasza Zalewskiego. Nie wyróżniam niczego, płyta jest monolitem i niech tak pozostanie. I najważniejsze – „Casus Belli” to krążek dla ściśle określonego odbiorcy, maniaka metalu śmierci i ten fakt klamrą spina wszystkie działania zespołu. Życzyłbym im stu lat, ale nie wiem, czy byliby z tego zadowoleni…

Arek Lerch 

Pięć