DEIVOS – Demiurge of the Void (Unique Leader Records)

Kiedyś spotkałem się z określeniem “mistrzowie drugiego planu”, bodajże w kontekście jakiegoś filmu. To sformułowanie idealnie pasuje do Deivos. W zasadzie zawsze pozostawali w cieniu wielkich naszej sceny, mieli swój epizod w historii Empire Records, teraz związani z Unique Leader, spokojnie produkują kolejne płyty, które nie zmienią układu sił na metalowej scenie, ale pod względem wykonawczym zawstydzają większą część tzw. technicznych death metalowców i po tej i po tamtej stronie oceanu.

Na zawsze pozostanę już chyba fanatykiem genialnego dzieła „Gospel of Maggots”, które pokazało, że z death metalu można wyciągnąć esencję a jednocześnie przyprawić ją tak niespotykaną ilością smaczków i karkołomnych zagrywek, że niejeden amerykański wymiatacz poczuł pewnie lekki dreszczyk niepokoju. Kto zresztą powiedział, że techniczny death metal musi pochodzić z Ameryki?

Najnowsze, trzecie w karierze dzieło, to muzyka będąca lekkim powrotem w stronę zatwardziałej, death metalowej klasyki. Jest to jednak powrót z wszech miar przemyślany; zespół nie chce opuszczać śmiertelnej niszy, zaś poprzednim krążkiem ocierał się już o jej granice. Zamiast szukać czegoś nowego, wykonał osiem czysto death’owych hitów, upychając w nich wszystko, co możecie sobie wyobrazić. Jak zwykle w przypadku tego zespołu, poraża praca sekcji rytmicznej, która pruje na takich obrotach, tak intensywnie i z wszech miar technicznie, że tylko dla niej mógłbym słuchać tej płyty na okrągło. Być może Krzysiek zrezygnował z większej ilości karkołomnych zagrywek na krowim dzwonku, jednak i tak słucha się jego popisów z opadem szczęki. Gitarzyści z kolei wyciskają z instrumentów „immolationowe”, kamienne w treści i ołowiane w ciężarze riffy, które walą po głowie niczym jeden wielki kafar. Ta płyta to monolit, potężny, śmiertelny strzał w pysk. To popis fenomenalnego zgrania i mechanicznego odliczania każdego taktu. Po raz kolejny zespół nie odkrywa – niby (!) – niczego nowego, a jednak od tych dźwięków nie można się oderwać. Obojętnie, czy grupa gna na złamanie karku, czy komplikuje podziały rytmiczne, wszystko pracuje jak w reprezentacyjnej jednostce wojskowej. Tu nie ma miejsca na wytchnienie, zresztą, kto oczekuje po Deivos oddechu?

Choć zazwyczaj staram się komentować poszczególne utwory, tym razem sobie daruję, bo od pierwszych dźwięków „No Gods Before Me” aż do końca, przez 32 minuty i 35 sekund nie mogę znaleźć jednego, słabszego momentu. Jasne, Deivos obraca się w ściśle określonym kręgu i raczej nie posuwa tej muzy do przodu, jednak jeśli death metal kiedykolwiek zasługiwał na miano sztuki, Deivos należy do ścisłego grona faworytów, nobilitujących gatunek.

Jeśli nie szukacie nowości tylko zapierającej dech w piersiach finezji, „Demiurge of the Void” urwie wam dupę…

Arek Lerch

Pięć