DEICIDE – In The Minds Of Evil (Century Media)

Gdyby kondycję death metalu oceniać wyłącznie po ostatnich dokonaniach klasyków, to woła ona cienkim growlem o zastrzyk świeżej krwi i zmianę warty. Nowa, jedenasta już płyta Deicide przypomina, jak stara jest ta muzyka i że swobodnie możemy już mówić nie o tytanach, a o dinozaurach gatunku. Umysły zła wytężają się ze wszystkich sił, ale pomysłu na siebie jak nie było przez ostatnie piętnaście lat, tak nie ma i dziś.

Trudno w to uwierzyć jeśli ktoś nie załapał się na tamte czasy, ale Glen Benton i Deicide byli niegdyś uosobieniem zła i prowokacji tak w sferze muzycznej, jak i „wizerunkowej”. Nim Erik z Watain zaśpiewał o bliskiej relacji z wisielcem, a Deathspell Omega wysłali metalowców na studia teologiczne, to czterech amerykańskich opojów rzygało siarką i bluźnierstwem, przy którym dzisiejszy „religijny” black metal robi wrażenie tylko na entuzjastach fotografowania płyt CD z czaszką i kandelabrem. „Deicide”, „Legion” i nawet „Once Upon The Cross” inspirowały pocieszną głupotą i autentycznym fanatyzmem, jaki bił z tych dźwięków, i choć tyle się w muzyce wydarzyło przez ostatnie 20 lat, po dziś dzień stanowią elementarz ekstremalnego metalu. Od tamtej pory Deicide zaliczył sporą sinusoidę, „trochę się pozmieniało” i dziś straszyć może najwyżej organizatorów koncertów, którzy nie są w stanie sprostać zapotrzebowaniu muzyków na Jacka Danielsa. Jasne, że czasy się zmieniają, ale to nie czasy nagrywają muzykę, a ludzie, więc ludzi rozliczajmy.

„In The Mind Of Evil” łapie zespół po kolejnej zmianie składu i kolejnej próbie złapania wiatru w żagle. W płótno duje tym razem nowy majtek- Kevin Quirion, który skomponował lwią część materiału, dorzucił do riffów sporo thrashowego pędu i nawciskał mnóstwo solówek dobitnie mówiących, że niedaleko pada jabłko od Santolli. Antyfani bogobojnego gitarzysty odetchną pewnie z ulgą słysząc slayerowski sznyt popisów Kevina, ale większość z nich i tak nie licuje z kanciastym łomotem sekcji i gitary rytmicznej. Ciągle jednak najlepszym, co mogę powiedzieć o „In The Mind Of Evil” jest to, że „Insineratehymn” i „In Torment In Hell” były znacznie, znacznie gorsze – ale to za mało, abym chciał do tej płyty wracać. Ba, już nawet „To Hell With God” wydaje się płytą bardziej udaną. Same kompozycje są lepsze i gorsze, to wciąż dalekie do ideału wypośrodkowania między przebojowością a siarą, który nastąpił między „Once Upon The Cross” a „Serpents of The Light”. Dramat zaczyna się na odcinku produkcji, przede wszystkim razi pstrykająca perkusja, brzmiąca z płyty na płytę coraz gorzej. Najsłabiej wypada sapiący na efektach Benton, który trzyma przy ziemi gitarzystów, a wszystko to kręci się dookoła dźwięków przyzwoicie sklejonych w mało ekscytującą całość. Trudno odmówić fachowości i wyczucia konwencji, ale czy to są najlepsze cechy, jakie death metal ma do zaproponowania? Przewaga kalkulacji, sztywnego myślenia konwencjami i ingerencji producenta nad ciekawymi kompozycjami owocuje kolejnym materiałem, który bardzo szybko spadnie z koncertowej setlisty na rzecz „staroci”.

Oczywistym jest, że nie da się całe życie cisnąć ekstremy, bo przez ćwierć wieku potrzeby, ambicje i aspiracje artystyczne zwyczajnie muszą się zmieniać tak, jak zmienia się artysta jako człowiek. Przegięty, agresywny jak pijany kibol „Legion” był przypisany do określonego czasu i określonego stanu umysłu, którego wyglądający piątego, nomen omen, krzyża Benton i Asheim nie odtworzą choćby wypalili sobie na czole order uśmiechu. Bohaterowie są zmęczeni, a ostatnie dokonania Terrorizer, Carcass, Deicide czy Vader to rzeczy adresowane do megafanów tychże, i nikogo więcej – reszta niech odkopuje albumy, na których te zespoły miały coś ciekawego do zagrania. Słuchając „In The Minds Of Evil” przypomniałem sobie jak bardzo lubię stare dokonania Deicide, i ta sympatia trzyma się na żywym, szczerym uczuciu, a nie na wątłym pasku sentymentu. Człowiek Z Logo Deicide Na Plecach znielubi mnie za tę recenzję, ale tym razem nie mogę podzielić niegasnącego entuzjazmu względem jego ukochanej kapeli, której nowy album ma datę ważności krótszą niż bilet miesięczny.

Bartosz Cieślak

Dwa i pół