DEICIDE – To Hell With God (Century Media)

Chciałbym, by tej muzyki słuchało się tak samo dobrze, jak czyta się zamieszczony gdzieś obok wywiad z Stevem Asheim’em. Niestety, mimo entuzjazmu bijącego ze słów pałkera nieświętych bogobójców, nowa płyta legendy death metalu przechodzi przez głowę  gładko, nie zostawiając zbyt wielu wrażeń…

Największym przekleństwem (nomen omen…) Deicide jest fakt, że tworzą swoją muzykę według pewnego schematu, który od jakiegoś czasu jest niezmienny i który jednocześnie skutecznie kastruje propozycję śmierć metalowców z Florydy z tak bardzo potrzebnej dawki wściekłości, bluźnierstwa i jadu. Bo co z tego, że tytuł jest bardzo „zły”, że okładka mroczna i bluzgów jest tu pod dostatkiem, kiedy podstawowy nośnik treści, czyli muzyka, jakoś „przemyka” bokiem? Oczywiście, można przyznać, że od czasu słynnych kłótni z RoadRunner, kiedy zespół nagrywał płyty „na złość” pryncypałom, dużo się zmieniło i grupa znowu brzmi odpowiednio tłusto. Jest ruch w numerach, pojawiają się płyty autentycznie niezłe („Scars Of The Crucifix”) i nieco gorsze („Till Death Do US Apart”), a grupa wyraźnie stała się aktywniejsza. Wszystko jest jednak zbyt gładkie, ułożone i przewidywalne.

Najnowsze dzieło przynosi klasyczny zestaw riffów ubranych w klasyczne aranżacje. Trochę blastów, trochę zwolnień (całkiem udanych, np. w „Save Your”…) Ale ciągle trafiają się dysonanse, tak jak w jednym z ciekawiej zaaranżowanych „Witness of Death”, gdzie całkiem fajne wrażenie psuje kompletnie od czapy dodana, melodyjna solówka. Jeśli miałbym już opowiedzieć się za jakimś numerem, to postawiłbym na „Emprovered by Blasphemy”, gdzie można zauważyć zdecydowanie ciekawszy, lekko „schizolski” riff, wyraźnie odstający od reszty. Szkoda, że takich momentów jest tak mało… Cała płyta jest zbyt dopieszczona, zbyt melodyjna i mało spontaniczna. Jasne, trudno wymagać, by po dwudziestu latach grania zespół wymyślał sam siebie na nowo, choć i takie rzeczy się zdarzają. Ciągle mam wrażenie, że cały proces wygląda w ten sposób, iż kilku kolegów, na co dzień zajmujących się różnymi rzeczami, raczej odległymi od metalu, skrzykuje się raz na dwa lata, by odwalić pańszczyznę i pohałasować dla dzieciaków. Są zaprawieni w bojach, dodają do prostej w sumie muzyki parę bluźnierstw i już mają powód, by pojechać w trasę. Czy o to jednak ma chodzić? Ok., od czasu do czasu można posłuchać, fajnie muza „gra” w samochodzie, czy jednak w dobie, kiedy wokół mamy setki lepszych i bardziej nabuzowanych zespołów warto tracić czas dla metalowej geriatrii?

Arek Lerch 3