DEFEATED SANITY – Passages Into Deformity (Willowtip)

Death metal może mieć wiele twarzy – bardziej lub mniej odpychające a czasem nawet dość melodyjnie przyjazne. Zdarza się również tak, że ta twarz staje się tak odrażająco brutalna, że wypada zastanowić się czy nadal jest to muzyka a nie chory zlepek kakofonicznych dźwięków. Defeated Sanity sięga do najgłębszych pokładów muzycznej brutalności, serwując słuchaczom danie cholernie ostre, aczkolwiek wcale nie tak ciężkostrawne jak się na pierwszy rzut ucha zdawało.

 

Defeated Sanity zgodnie ze zwyczajem ostatnich miesięcy proponuje, małą podróż w czasie do początku lat 90- tych. Bardzo na miejscu jest wskazanie, że prawdopodobnie wraz z zespołem cofniemy się do roku 1992. Muzyczny świat znał już wtedy tak ważne dla zrozumienia, czym jest brutalność w muzyce płyty, jak „Eaten Back To Life” oraz  „Ultimo Mondo Cannibale”. Wpływ Cannibal Corpse oraz Impetigo na twórczość Defeated Sanity jest znaczący, choć oddając zespołowi honor przyznać muszę, że nikt tu na siłę nikogo nie kopiuje. Innymi słowy, ilość zapożyczeń jest jak najbardziej do przyjęcia. Nikt, kto sięga po album z półki z napisem „old school” nie oczekuje przecież, że dostanie dzieło oryginalne.

„Passages…” to wzorcowa wręcz porcja brutalnego death’u. Materiał zagrany z pomysłem, chaotyczny, dziki, ale mimo wszystko przewidywalny. Jestem prawie pewien, że album ten przepadłby w zalewie podobnych produkcji, gdyby nie co najmniej dwie kwestie.  Po pierwsze doskonałe, śmierdzące na kilometr zepsutą krwią brzmienie. Za samo brzmienie basu zespół zasłużył na pochwałę a reszta instrumentów niczym nie odbiega od poziomu „czterech miażdżących strun”. Drugą kwestią, której pominąć nie sposób, jest naprawdę porażający głębią, totalnie nieludzki growling. Niby zaskoczenia nie ma, ale jednak to jak śpiewa wokalista pozytywnie wyróżnia się na tle ostatnio słyszanych produkcji a tak się jakoś złożyło, że old school death gości w moim odtwarzaczu bardzo często.

„Passages…” to album, który nie zaskoczył mnie absolutnie niczym lecz jest to też płyta (jedna z niewielu) powodująca, że w cyfrowych czasach można uchwycić to, o co chodziło w death metalu na samym początku.

Wiesław Czajkowski

Cztery