DEFEATED SANITY – Chapters of Repugnance (Hammerheart)

Bawaria kojarzy mi się głównie z piersiastymi paniami podającymi kufle piwa odzianym w krótkie, skórzane spodenki, czerwonogębym Niemcom. Absolutnie nie kojarzy mi się za to z death metalem. Choć ta muzyka ze swoją niestety często kultywowaną rubasznością bardzo do tego landu pasuje. Czy Defeated Sanity dobrze reprezentują swój kraj? I tak i nie…

Drugi długograj Niemców dostarcza tyleż samo powodów do radości jak do smutku. Reklamują się chłopaki jako techniczny i brutalny death metal. Techniczny – ok, rozumiem, szkoda tylko, że owa technika najlepiej słyszana jest w solowych, połamanych zagrywkach sekcji rytmicznej, kiedy zespół porzuca zbiorowe łojenie i w krótkich fragmentach od czasu do czasu popisuje się bajecznymi umiejętnościami. Tu nie ma wątpliwości, basista mógłby pogrywać w każdym, funkowym i jazzowym składzie, pałker opanował wszystkie chyba techniki gry a gitarzyści też mają ręce nie od parady. I tyle.. Bo kiedy grają razem, ich muzyka staje się jakoś mało wyrazista, nieco chaotyczna i zamulona. A powodem jest, niestety, mały talent do pisania dobrych kompozycji. W tym przypadku sprawdza się teoria, że wiele zespołów grających techniczny death metal partie gitarowe traktuje jako niezbędny, ale jedynie podkład pod popisy sekcji rytmicznej. Mogę bez zgrzytania zębami słuchać pochodów serwowanych przez Lille Grubera i Jacoba Schmidta, ale denerwują mnie jednostajne, maksymalnie „zgrane” jazgoty gitarowe. Owszem, kiedy zespół zapuszcza się w rejony bliskie Death, robi się miło, ale w najszybszych fragmentach, napakowanych blastami gitary jedynie tworzą monotonny podkład. Do tego dochodzi mało urozmaicony growling i mamy mieszankę bardzo nierówną. Może wynika to z faktu, że w składzie pogrywają muzycy z różnych stron świata i styka im czasu jedynie na odrobienie pańszczyzny? Trochę to dziwne jednak…

Nie ukrywam, że znajduje na tej płycie sporo całkiem miłych dla ucha fragmentów, gdzie udało się zespołowi tak zaaranżować muzykę, że popisy mają sens a i riff jawi się ciekawszy. Na razie jednak wolałbym posłuchać samej sekcji, bo to ona stanowi najjaśniejszy i przyciągający punkt tej kapeli. Do wirtuozerii Obscura droga daleka, i samym brutalem, wspomaganym gravite blastami, do muzycznego nieba zespół nie da rady się dostać. Co najwyżej trafi do knajpy z cycatymi paniami podającymi piwo.

Arek Lerch 2,5