DEEP DESOLATION – Rites Of Blasphemy (Darkzone/The End of Time Rec.)

Deep Desolation rozpoczął swój parszywy żywot w Łodzi roku 2009. Najnowsza, druga w dorobku grupy płyta, to ohydny ochłap szorstkiego, niemal garażowego black/death/sludge metalu. Połączenie iście karkołomne, bo łatwo przesadzić i spłodzić monstrum. Łodzianie na całe szczęście sprawnie poruszają się między gatunkowymi granicami,  unikając tworzenia parodii, a jednocześnie idealnie wpisują się we współczesny retro – trend.

Ta ostatnia uwaga jest istotna, bo zespół, ze swoim uwielbieniem brudu i wszelkiego wstecznictwa, paradoksalnie staje się… modny. Analogowe brzmienie, niechlujność i okrutny gruz sypiący się z głośników spodobają się każdemu maniakowi vintage’owego brzmienia, poszukiwań Darkthrone i wczesnego Celtic Frost. Na płycie dominuje szkoła starego death metalu, z charakterystycznym, wykonawczym rozchwianiem. Kontrastują z tym wolne tempa, które w połączeniu z syfiastym dźwiękiem tworzą iście infernalny zamęt. Do tego dochodzą skrzekliwe, złe, niemal czysto black metalowe partie wokalne. Czyli mamy mieszankę dla maluczkich niestrawną, dla metalowych purystów odpychającą a dla old school’owców za mało jednoznaczną. Co dla niżej podpisanego znaczy, że tak powinno być.

Co dobrego znajdziemy na płycie? Np. w „Blasphemous Rite” – hellhammer’owe gitary, charczący bas i dół ostateczny. Podobnie dzieje się w „Searching for Yesterday” – symboliczny tytuł, bo zespół zdaje się nie zauważać, że mamy rok 2012, nadal debiut Black Sabbath traktując jako punkt wyjścia i dobro objawione. Toporne granie w wykonaniu Deep Desolation staje się wręcz majstersztykiem w przypadku „Mrocznego Hymnu”, który brzmi, jak naćpany Hendrix gwałcący gitarę na samym dnie piekła. Wszystko się dławi z wściekłości, zieje siarą i nuklearną pożogą.

Ktoś gdzieś napisał, że muzyka z „Rites…” nie przekonuje bo jest nieczytelna. Drogi panie – taka właśnie ma być. Nieprzejednana, pancerna wolnym gruwem i zawalona przez wszechobecny syf, gitarowy gruz, powodujący, że zło niemal wywala głośniki z obudowy. Wystarczy rozkręcić volume na full, żeby doznać olśnienia – uwolniony dźwięk dostaje skrzydeł i naraża nas na wizytę straży miejskiej. Wprawdzie niedawno sąd stworzył precedens, uniewinniając ulicznego grajka na podstawie nagranej przez niego płyty, jednak mam wrażenie, że „Rites…” w podobnej sytuacji nie znajdzie u Temidy uznania i dwa lata w zawiasach „siądą” aż miło. Zatem wyrzućcie swoje słuchawki surround, zapomnijcie o stereo – przestrzeni.  Deep Desolation nie wymyśla na swojej drugiej płycie jednego, oryginalnego dźwięku, ale czy akurat w tym przypadku miałoby to sens?

PS. Nie wypowiadam się na temat okładki, bo wtedy musiałbym kogoś zwyczajnie obrazić albo ośmieszyć.

Arek Lerch