DECREPITAPH – Forgotten Scriptures (Selfmadegod)

Projektowania ciąg dalszy. Kiedy słyszę to słowo, od razu mam w wyobraźni koniecznie dwóch mizantropów, którzy tworzą, bo chcą a nie grają na żywo bo nie lubią ludzi. Jak było w przypadku Elektrokutionera nie wiem, wydaje mi się jednak, że z katakumb, gdzie powstawały na przestrzeni ostatnich lat kawałki Decrepitaph cholernie trudno wyjść na światło dzienne.

Pierwotnie zespół wystartował jako solowy projekt pałkera Encoffination, jednak dzisiaj to już prawdziwy band, czyli… duet. Współtworzący go muzykanci znani są z tak popularnych formacji jak Fatherbefouled, Scaremaker, Loathsome czy Beyond Hell. No, sama śmietanka artystycznego establiszmentu z Ameryki, jako żywo. Powiedzcie, że o tych zespołach nie słyszeliście!!? Oczywiście, nikt się nie przyzna, bo cechą wspólną metalowców (szczególnie nad Wisłą…) jest snobizm, nakazujący wręcz sypać nikomu – nic – nie – mówiącymi – nazwami i udawać, że cała reszta to wioska, słuchająca disco. Może trochę przesadzam, bo od kiedy metalowcy zaczęli nagminnie używać dresów i golić głowy, sporo się zmieniło na naszej kochanej scenie. Nie zmienił się za to fakt, że Decrepitaph dotychczas nie znałem i dopiero dzięki SMG dostąpiłem tego zaszczytu. Cóż, jeśli ktoś lubił Encoffination, w którym to opieszale bębni Elektrokutioner, mniej więcej orientuje się, z czym będziemy mieć do czynienia.

Decrepitaph swoją definicję death metalu kończą w miejscu, w którym jakiś cwany metalowiec wpadł na myśl, że można przecież poprawić technikę i pokazać, że także długowłose zaprzańce grać potrafią. Wtedy Elektrokutioner wraz z ferajną zrozumieli, że czas powrócić do podziemia i zamknąć za sobą omszałe wieko krypty. Nawet jeśli mieści się ono w słonecznej Kalifornii. Death metal Amerykanów jest do bólu „śmiertelny”, całkowicie metalowy i archetypicznie wręcz toporny. W pewnym sensie, dzięki temu może budzić wręcz niezdrową fascynację. O ile bowiem Encoffination są w swoim doom’owym metalu śmierci wręcz katedralni, Decrepitaph to prymitywizm, skupiający się na pojedynczych riffach, oszczędnie, prosto bitych bębnach i „studziennym” growlu. Jeśli ktoś znajdzie w tych nagraniach chociażby nieśmiały, delikatny przebłysk bardziej oświeconego myślenia o muzyce, znaczy, że jest najbardziej optymistycznym metalowcem świata. Ja w każdym razie słyszę tu jeno potworny dół, obsesyjny kult śmierci i muzycznego zaprzaństwa, zerową technikę, imitującą co najwyżej piekło na ziemi. Upiorna muzyka zespołu ma jednakowoż cechę, która nobilituje ją w moich oczach – mianowicie, jest w 100% autentyczna. Muzycy nie udają, że potrafią, ale z szczerością Fenriza deklarują swoimi dźwiękami, że grać nie chcą, nie umieją i bardzo im z tym dobrze. Jeśli ten wątek stanie się jasny, także odbiór tych kilkunastu manifestów podziemia będzie o wiele przyjemniejszy.

Płyta jest nie tylko podziemna, ale wręcz dedykowana tym fanom, dla których liczy się też formalny, niemal punkowy atawizm – te piosenki to zbiór nagrań z singli, ep – ek i splitów. Po raz kolejny zatem nie ośmielam się wystawić noty muzyce, która takiej nie tyle nie potrzebuje ile wymyka się tradycyjnej, dziennikarskiej ocenie.

Arek Lerch