DECEASED – Supernatural Addiction (Hells Headbangers)

W idealnym świecie Deceased byłoby pewnie kapelą zapełniającą stadiony, ale w naszej pieskiej rzeczywistości skazani są na żywot wiecznych tułaczy undergroundu. Może i nie ma w tym nic złego, bo szacunek prawdziwych fanów (aby nie użyć niemęskiego słowa „koneser”) wart jest na pewno więcej niż tabloidowa moda, ale z drugiej strony ta muzyka jest tak dobra, że powinna mieć zasięg nie mniejszy niż smakowite czeskie piwo, które właśnie popijam.

„Supernatural Addiction” ukazała się pierwotnie w 2000 roku nakładem Relapse, ale nawet tak duża jak na metalowe warunki wytwórnia nie była w stanie zapewnić tej płycie odpowiedniej promocji. Być może Deceased ma po prostu pecha – ich debiut (wydany w  1991 roku „Luck of the Corpse”) ukazał się w momencie, kiedy na świecie panowało już granie w stylu „Altars of Madness” i muzyka na nim zawarta była jak na tamten czas zbyt archaiczna by podbić serca metalowych mas. Mijały lata i ukazywały się kolejne znakomite albumy z ich logiem, ale niewiele się w tej kwestii zmieniło. Ba, nawet miłościwie nam dziś panująca moda na „oldschool” nie uczyniła z nich jeszcze (i pewnie nie uczyni) drugiego Autopsy. Tym bardziej, że muzyka zawarta na „Supernatural Addiction” jest stylistycznie zawieszona gdzieś w połowie drogi między „Scream Bloody Gore” a „Abigail”, a więc zbyt „miękka” i heavy metalowa dla death metalowców i zbyt radykalna dla fanów Iron Maiden czy Helloween.

Wszytko tutaj jest jednak miodem na moje serce. Deceased są bardziej metalowi niż Huta Katowice i jeszcze do tego są znakomitymi muzykami i kompozytorami. Pasuje mi w tej muzyce melodyjność nawiązująca miejscami do Iron Maiden, pasują cytaty z Voivod czy bardzo subtelna aluzja do Possessed, bo mimo tych wszystkich drobnych ukłonów w stronę klasyki Deceased cały czas brzmi jak Deceased. Świetne wyczucie tematu i młodzieńcza energia w sercach niemłodych przecież ludzi. A może inaczej, to jest po prostu płyta, która nie chce opuścić odtwarzacza. Niby banał, ale czy nie o to w tym wszystkim tak naprawdę chodzi? Włączam płytę zespołu (tu wstaw dowolną sensację dzisiejszego poranka) i mam ochotę wyłączyć ją po pierwszym utworze. Włączam Deceased i chcę więcej Kinga Fowleya opowiadającego zdartym głosem różne dziwne historie. Chcę więcej takiego death (heavy) metalu.

Nie mam złudzeń, że wszyscy czytający tę recenzję zapragną nagle wytatuować sobie na pięcie logo Deceased, ale wspomniana reedycja jest na pewno dobrą okazją aby skosztować twórczości Kinga i spółki. Miłośnicy muzycznych chińskich zupek na bank obojętnie przejdą dalej, ale prawdziwe żarłoki (aby nie użyć niemęskiego słowa „smakosz”) najedzą się tu do syta.

Michał Spryszak

Pięć i pół