DECAPITATED – Anticult (Nuclear Blast/Mystic)

Od czasu reaktywacji Decapitated nie ustaje w walce o miejsce na światowych scenach i trzeba przyznać, że idzie bardzo sprawnie. Może dlatego, że to po prostu bardzo dobry zespół, może dlatego, że mają smykałkę do tworzenia tzw. metalu środka, amerykańskiego ciężarowca na festiwale, groove metalu, powstającego na styku death i thrash’u z naciskiem na typowo koncertowy flow. Inna sprawa, na ile jest to dzisiaj konieczność a na ile muzyka od serca. Tak czy inaczej, towar eksportowy jest.

Tym przydługim wstępem chcę poniekąd wyjaśnić dylemat, przed jakim stanąłem podczas konsumpcji nowej płyty kwartetu. Nie dlatego, że jest zła, bo tacy muzykanci złych rzeczy nie wypuszczają. Inna sprawa, jak zdefiniujemy owo „zło”. Poczynania Decapitated śledzę od samego, „vaderowskiego” początku i muszę przyznać jedno – imponująca konsekwencja i tytaniczna praca stoją za tą historią, tego nikt im nie zabierze. Po drugie – reaktywacja, jaka miała miejsce parę lat po tragicznych wydarzeniach, była równie spektakularna a płytę „Carnival Is Forever” katowałem swego czasu długo i namiętnie, uznając za jedno z lepszych dzieł krajowego metalu. Od „Blood Mantra” coś jednak mi nie pasowało. Wmawiałem sobie, że to moje ogólne zmęczenie metalem, jednak chodziło o coś innego. I po lekturze nowej płyty wreszcie mnie oświeciło.OSC_0289

Gdzieś w pewnej kolorowej gazecie kolega dziennikarz słusznie napisał, że Vogg gra niczym potwór a towarzyszy mu doskonale zgrany zespół. I to jest właśnie sedno sprawy, którym mogę wytłumaczyć moje rozterki. Od początku fenomen Decapów opierał się na dynamicznym iskrzeniu między gitarzystą, bębniarzem i wokalistą. Wokalistę pomijam, bo akurat Rasta niezmiennie jest szaleńcem scenicznym, zatem tu wszystko trybi. Niestety, po „Carnival…”, nastąpiło coś, co nazwałbym „rzemieślniczym zrównaniem do szeregu”. Riffy i „potworna” gra Vogga potrzebuje nie „doskonale zgranego zespołu” tylko bandy aroganckich szaleńców, którzy będą się z gitarzystą kłócić a nie posłusznie mu „sekundować”. Natomiast na „Mantrze” i najnowszej płycie sekcja rytmiczna (bo o niej ta mowa…), niestety, co najwyżej towarzyszy grze Vogga, zamiast ją inspirować, zamiast drażnić i zaskakiwać. Tego mi brakuje, nutki szaleństwa. Nie chcę niczego ujmować wspomnianej sekcji, która wykonuje dobrą robotę, ale to rzemieślnicze, trochę pokorne „doganianie” partii gitarowych mnie uwiera, a muzykę ciągnie w dół. Rzecz jasna, w kontekście „bycia produktem” i przyswajalności scenicznej takiej muzyki – szczególnie za oceanem – wszystkie atuty są po stronie Decapitated; zespół chyba z założenia nie zamierza niczego nowego odkrywać i dobrze czuje się w swojej niszy, produkując równą, a czasami lepiącą się do ucha („Kill the Cult”) mielonkę na najwyższym, profesjonalnym poziomie. Wszystko jest w normie, ale ja jednak czekam na to, kiedy nastąpi od niej odchył. Kiedy wszyscy będą potworami.

Arek Lerch

Zdjęcie: Oskar Szramka