DECADES – Decades (White Girl Records)

Początkiem nowego roku cofamy się na moment do maja 2013, robimy smutne miny i gapiąc się na własne buty słuchamy albumu Kanadyjczyków z Decades. Debiutancki long kwartetu z Toronto to żywy dowód na to, że smutek i lód mogą być przebojowe, co w ostatnich latach udowodniło sporo zespołów z Editors na czele. Czyli wiadomo o co chodzi – wciągający dół, myśli samobójcze i depresja na nowofalową nutę z szczyptą hałasu w tle.

Debiut Decades nie przynosi ani jednej sekundy oryginalnego łomotu. Wszystko, co panowie upchnęli w tych 33 minutach i 44 sekundach było już wielokrotnie wałkowane, przerabiane i powtarzane; cóż z tego, skoro materiał wyjściowy jest tak inspirujący, że kolejny zespół na jego bazie tworzy własny świat.

„Decades” to rockowy, bardzo rytmiczny szit, gdzie podstawą jest przestrzenny, podkreślony przez wszechobecne pogłosy klimat, budowany za pomocą zdołowanych, delikatnych partii wokalnych, delikatnie rezonujących i raczej mało agresywnych gitar i świetnie pulsującej sekcji. Nie trzeba być odkrywcą Ameryki, żeby usłyszeć jakie inspiracje są podstawą muzyki Kanadyjczyków. Przede wszystkim Joy Division, którego duch unosi się nad całą płytą, szczególnie dotykając chociażby „Any Wonder” czy „Celebrate”, choć w zasadzie w każdej minucie możemy odkryć wpływ curtisowej ekipy. Widać, mieszkańcy Toronto strasznie jarają się kulturą znad Tamizy, bo ich płyta jest tak Brytyjska jak tylko można. Introwertyzm to podstawa, nie gardzimy też zamuloną dekadencją The Jesus And Mary Chain. Ojcowie shoegaze byliby mile zaskoczeni. Tak po prawdzie, gdyby kawałki „For From Me” czy „Only After” zagrać na bardziej przesterowanym brzmieniu, można z powodzeniem uznać je za zaginione kompozycje braci Reid. Zaskakują nawiązania do The Cure („Move Me”), choć akurat robertowego zawodzenia jest tu bardzo mało. Zdarza się też, że Decades sami sobie dociskają pedał i wychodzi im całkiem mocne uderzenie („Can You Love Me Now”), jednak głównie dominuje spokój, przestrzenne i oszczędne plamy instrumentów i hipnotyzująca a miejscami nieźle przebojowa aura (mój ulubiony „Old&Aging”). Najważniejsze jest jednak to, że płyta jako całość jest kapitalną porcją wpadającej w ucho, rockowej muzy, która nie razi zbytnim hałasem, ma bardzo transowy charakter i od początku do końca trzyma w napięciu, choć w zasadzie nie ma tu niczego zaskakującego czy nowatorskiego. Znaczy – lubimy to, co znamy, choć w tym przypadku nie mam z tym problemu.

Maniacy współczesnej historii o nazwie indie rock mogą być zadowoleni, jeśli jeszcze Decades nie poznali. Traktuję ich płytę jako swego rodzaju, miłe pożegnanie z zakończonym właśnie starym rokiem. Choć pewnie jeszcze kilka niespodzianek z minionych dwunastu miesięcy po drodze się trafi…

Arek Lerch

Pięć