DEATHSPELL OMEGA – Paracletus  (Norma Evangelium Diaboli/Season of Mist)

Pisząc o Deathspell Omega trudno nie popaść w egzaltację i nie odmieniać przez wszystkie przypadki słowa „fenomen”. Trudno też odmówić im tego tytułu. Francuzi są w swojej postawie antykomercyjni do granic absurdu, promując się brakiem działań promocyjnych, a wizerunek medialny kształtując brakiem obecności w mediach. I oto okazuje się, że znakomita muzyka potrafi obronić się sama, a do tego, by zostać okrzykniętym „objawieniem” wystarczą same dźwięki… No, może jeszcze nadęcie zachłyśniętych tzw. „religijnym black metalem” internetowych snobów (czyż i niżej podpisany nie łapie się do tej kategorii, ha, ha?), co nijak nie umniejsza wielkości Deathspell Omega. W obliczu tego „Paracletus” już na etapie zapowiedzi był jedną z najważniejszych płyt roku.

Od razu wypada uczciwie stwierdzić, że tym razem przewrotu nie będzie. Nie zamierzam tego nikomu wyrzucać, sam często gromię postawę głoszącą, że artysta winien zaskakiwać zawsze i wszędzie i rozwijać się jak rolka papieru, choćby za cenę strzału we własne kolano. Deathspell Omega po prostu po raz pierwszy nie przeskakują samych siebie, a „Paracletus” kontynuuje to, co zaczął „Fas…”, a rozwinął „Chaining the Katechon”. Znów atakują nas gęste atonalne gitary natchnione duchem Roberta Frippa i Dennisa d’Amoura, a perkusista masakruje swój zestaw bardziej na wzór rzeźników spod znaku technicznego, brutalnego death metalu niż blackmetalowej surowizny, z jakiej zespół wyrósł. No dobra, na upartego można się dopatrzyć częstszych zwolnień i odjazdów w kierunku nastrojowej, ale wciąż przesiąkniętej nieodzowną smołą melodyjności. Niewykluczone, że Deathspell Omega jest dziś po prostu swoim największym konkurentem. Jeśli nawet uznamy „Paracletus” za spadek formy, początek końca pewnej formuły i pierwsze symptomy braku pomysłów na jej ożywienie – wciąż jest to płyta, która nie tylko winduje poprzeczkę dla reszty kapel z podobnych rejonów, ale i daje mnóstwo satysfakcji zwykłemu słuchaczowi. Jeżeli coś faktycznie miałoby się „pogorszyć”, to wokale Mikko Aspy, który chwilami sypie się na czystych partiach, zaś we wprawkach melorecytacyjnych niebezpiecznie ociera się o śmieszność. Nie jest to jednak coś, co szczególnie zakłócałoby odbiór albumu, który tym razem ugruntował miejsce Deathspell Omega na tronie, ale na ołtarze jednak nie wyniósł…

Można się czepiać Deathspell Omega – że wydumani, że kabotyńscy i że para powoli, ale systematycznie idzie w gwizdek. Nie sposób odmówić im jednak czegoś „własnego”, wpływu na całą scenę metalową i jej fanów. Oto blackmetalowiec nie jest już prostodusznym buntownikiem kombinującym jak tu puścić z dymem to i owo – dziś jeden z drugim pląsają po apokryfach, studiują gnozę i sypią cytatami ze św. Tomasza z Akwinu. Nawet jeśli „Paracletus” nie do końca spełnił wszystkie oczekiwania (choć kto powiedział, że powinni?), to i tak poziomem kompozytorskim i wyobraźnią lokuje Francuzów daleko przed resztą peletonu. Mam wrażenie, że to kolejny album będzie prawdziwym – i być może bolesnym – weryfikatorem, który może przypomni, że nie każdy jest w stanie nagrywać wyłącznie  same znakomite płyty. O to jednak będziemy się martwić za parę lat.

Bartosz Cieślak

Pięć