DEATHSPELL OMEGA – Diabolus Absconditus (Norma Evangelium Diaboli)

Hop! Tak właśnie Norma Evangelium Diaboli wykonała skok na kasę żądnych kultu/dobrej muzyki (niepotrzebne skreślić) fanów black metalu. Towarzyszyły temu odgłosy dojenia krowy i uderzających o ziemię złotych jajek. Jednak w tym wypadku pozostańcie głusi na dźwięk wypełniającej się sakwy Francuzów i bez wahania podzielcie się z nimi tym, co zostanie wam po spłaceniu kolejnej raty kredytu mieszkaniowego, takie wydawnictwo jest tego warte.

„Diabolus Absconditus” to oczywiście nic nowego, ten 22-minutowy kolos znalazł się już na wydanym w 2005 roku splicie ze Stabat Mater, który to split otwierał trzyczęściową całość „Crushing The Holy Trinity”. Sześć lat później mamy wreszcie możliwość sprawienia sobie najlepszego fragmentu tej trylogii, bez konieczności zasilania kont e-bay’owych spekulantów handlujących tymi dawno wyprzedanymi wydawnictwami. Tym bardziej, że innych uczestników „trójcy świętej” dzieli od Deathspell Omega mniejsza (Stabat Mater, Mgła) lub większa (Clandestine Blaze, Musta Surma) przepaść jakościowa… „Diabolus Absconditus” zaś to – przynajmniej moim skromnym zdaniem – najlepsza rzecz stworzona pod szyldem DsO, utwór doskonały pod każdym względem. Ogłusza przede wszystkim mnogość i spójność różnych klimatów muzycznych – ambientowy wstęp, wolne, dysonansowe rozwinięcie, w którym Francuzi czapkują dokonaniom Steve’a Albini, King Crimson i Voivod, akustyczne interludium (czyżby ktoś tu słuchał „Islands”?) i siarczyste zakończenie, rzucające podwaliny pod wydany dwa lata później „Fas – Ite, Maledicti, in Ignem Aeternum”. Nie chciałbym popaść w przesadną egzaltację (choć już widzę, że mi się to nie udaje), ale „Diabolus…” wydaje się być dla współczesnego black metalu tym, czym dla tej muzyki był w swoim czasie „In the Shadow of the Horns” – wyznacznikiem nowego myślenia o gatunku i zapalnikiem dla dziesiątek mniej lub bardziej (a przeważnie znacznie mniej) utalentowanych kopistów. Wydany w zeszłym roku „Paracletus” nie zabłysnął już może tym samym blaskiem co wcześniejsze dokonania DsO, ale to wciąż najważniejszy blackmetalowy zespół ostatnich lat, którego wstyd nie znać, a „Diabolus Absconditus” to absolutny kanon.

Przyznam się, że muszę posiłkować się źródłami internetowymi by nadążyć za wszystkimi reedycjami i kompilacjami Deathspell Omega wydawanymi w różnych formatach. Rozumiem, że od polowania na box pięciu winyli ze starymi nagraniami może rozboleć głowa i karta płatnicza, ale akurat na „Diabolus Absconditus” warto te parę ciaćków odżałować. Dla fanów asfaltu zaś jest wersja na dwunastocalowym LP, wzbogaconym o materiał z EPki „Mass Grave Aesthetics”.

Jest nadzieja, że nikt na świecie nie kojarzy już francuskiego black metalu z pokrakami typu Torgeist czy Mutiilation.

Bartosz Cieślak   6