DEATH HAWKS – Sun Future Moon (Svart Records)

Najnowsza płyta Death Hawks to dźwiękowy zapis tajemniczych zdarzeń, jakie dokonały się pewnej zimowej nocy gdzieś w mrocznych ostępach puszczy niedaleko Riihimaki, skąd wywodzą się sprawcy całego zamieszania (czytaj: płyty). A działo się z pewnością ciekawie, co słychać już od pierwszych dźwięków dochodzących nas z głośników. Zatem od początku zacznijmy.

Otwierający „Hey Ya Sun Ra” niech nikogo nie zmyli tajemniczym, lekko szamańskim tytułem. Nie czeka na nas żadne, wysoce artystyczne intro na gongu i inne zbędne kombinacje. Jak na utwór rozpoczynający dzieło zespołu dłubiącego, jakby nie było, w szeroko pojętej psychodelii, ma dość zwartą strukturę i tylko zaostrza apetyt na więcej. Jest to niejako zapowiedź tego, co nas czeka: nie uświadczymy tu żadnych wydłużonych ponad miarę dziwolągów, widać raczej tendencję do kondensowania muzycznej treści, z zachowaniem rozsądnej dawki odlotów. Właściwa zabawa zaczyna się jednak w „Ripe Fruits”. Jest energicznie, z fuzzem i przytupem. W zasadzie na myśl przywodzi to ostatnie dokonania Greenleaf, z tym, że u Finów przebojowość jest zaowalowana w typową dla nich melancholię. Trzeci na płycie „Dream Machine” ukazuje, ile do brzmienia zespołu wnoszą dźwięki syntezatora, dodając przestrzeni i wielowymiarowości, w którą przyjemnie jest się zagłębić. Warto wspomnieć przy okazji fakt, że utwór ten to jeden z najjaśniejszych punktów albumu. Singlowy „Behind Thyme” stanowi klamrę spinającą pierwszą, bardziej dosłowną część „Sun Future Moon” z tą, w której kolejne utwory leniwie się przenikają, łącząc przebojowość z dozą psychodelii, będącą przedsmakiem tego, co czeka nas dalej. Na dodatek okraszony jest świetnym teledyskiem, który serdecznie polecam zobaczyć (wysokobudżetowych efektów specjalnych co prawda brak, ale moim zdaniem uchwycono w nim ten specyficzny klimat, cechujący muzykę Finów). Death Hawks band

I tak dochodzimy do końca umownej I części albumu. Byliśmy świadkami pierwotnych, rytualnych tańców wokół samotnego w wielkiej głuszy ogniska, pod zimnym, skandynawskim niebem. Jednak wszystko, co dobre, szybko się kończy… ale kto powiedział, że to, co nastąpi później, musi być gorsze? Inne, to na pewno. Jakby wszystkich, którzy do tej pory trwali w szaleńczym transie, zmorzył w końcu sen. I tak, już „Seaweed” sygnalizuje zmianę reguł gry, czujemy, że z tej nowo obranej ścieżki już nie ma odwrotu. I że to, co zaraz nastąpi, chyba nawet się nie śniło tym, którzy przy ognisku tego nieznanego przyzywali. Utwór wycisza się, to znów wybucha – i można to traktować jako zaproszenie w dalszą podróż. Wyłamuje się z ogólnego obrazu drugiej części jedynie „Heed the Calling”, ale jest to zdecydowanie wyjątek potwierdzający regułę. Jego transowy rytm może kojarzyć się z muzyką zespołu Goat, w końcu to podobna strefa klimatyczna… Generalnie jest to chyba najbardziej przebojowy kawałek całego albumu. Umiejscowiony akurat w tym miejscu ot, tak, żeby jednak nie było zbyt monotonnie. Kolejne piosenki ukazują naszym oczom obraz dogasającego, rytualnego ognia. Już wiemy, że powoli trzeba będzie się żegnać. Trochę smutno.

Na szczęście, Death Hawks nie psują wcześniej wywołanego, pozytywnego wrażenia. Ciągle jest to na tyle oryginalne i nieprzegadane, aby odbiorca nie zdążył zaznać uczucia znużenia. W końcu, stało się. Wraz z wybrzmieniem ostatniej nuty nasze ognisko wygasło. Nawet zdążyli nam powiedzieć „it’s time to say goodbye”. Do zobaczenia, w sumie już nie mogę się doczekać.

Adam Gościniak

Cztery