DEATH GRIPS – The Powers That B, Disc 2: Jenny Death (Third Worlds)

Muszę przyznać – miałem pewne obawy przed zebraniem się w sobie i napisaniem recenzji najnowszego tworu schizofreników z Death Grips. Obawy słuszne, ponieważ pożegnalne (czas pokaże) dzieło chłopaków z Sacramento jest bestią niesamowicie bezkompromisową i transgresywną; głupotą i zwykłym szufladkowaniem byłoby stwierdzenie, iż mamy tu do czynienia z „eksperymentalnym rapem”. Powód jest prosty – “The Powers That B, Disc 2: Jenny Death” pastwi się nad samą muzyką, plując na takie pojęcia jak „finezja” czy „harmonia”, nie będąc ani rapem, ani punkiem. Jest po prostu wszystkim i niczym.

Następca „Niggas On The Moon”, które przypomnę, muzycznie było w całości oparte na samplach dokonań Bjork, jest jednocześnie krokiem naprzód, choć gdyby Wasz wujek usłyszał nawet mały fragment, dajmy na to, „Pss Pss”, szczerze zwątpiłby w kondycję dzisiejszego świata i ludzi, będących odpowiedzialnymi za najnowszą muzykę. Jest jednak także regresem, choć nie w sensie stricte muzycznym, co raczej umysłowym. Niespodzianką nie jest w końcu fakt, że MC Ride nadal brzmi jak jaskiniowiec z rozstrojem nerwowym, który skonsumował właśnie kilogram trujących roślin. Nie dziwimy się także, kiedy słuchamy podkładów w stylu „The Powers That B” czy „I Break Mirrors With My Face In The United States”. Poziom energii zawarty w nich przekracza wszelkie dopuszczalne normy, bestialstwa również. Do kotła wrzucone zostało wszystko – od żywej perkusji i gitar, przez kwasowe brzmienie klawiszy, często nieludzko przetworzony wokal, aż po robiące z mózgu spalony kotlet ściany dźwięków. Choć zdarzają się i momenty przez które przebija się jakaś bardziej przyswajalna dla ucha melodia (co oczywiście nie oznacza, że robi się miło) – jak np. w „Beyond Alive”. Jeśli ktoś pomyślał, że ten album okaże się choć trochę bardziej przystępny od swoich poprzedników, był w największym błędzie swojego życia. Sprawa jest bowiem prosta, jeśli spróbujecie zabłysnąć swoim snobistycznym i eklektycznym gustem muzycznym puszczając ten album na jakiejś srogiej, szalonej domówce – w najlepszym wypadku spotkacie się z pogardliwym wzrokiem innych imprezowiczów. W najgorszym zostanie wezwana policja i najbliższe 48 godzin spędzicie na dołku. Nawet momenty wytchnienia, jak ma to miejsce w przypadku końcówki singlowego On GP (do którego wspaniała trójka nie omieszkała się stworzyć kolejnego, estetycznie poruszającego wideoklipu), nie są w stanie złagodzić bolesnego kontaktu z drugim, w mojej opinii bardziej udanym, krążkiem „The Powers That B”.Death Grips

Nie udawajmy jednak, ból jest jedną ze składowych części naszego życia, dlatego czasami po prostu warto poddać mu się i spróbować coś z niego wyciągnąć. Choćby stwierdzenie, iż to jedna z najlepszych rzeczy, jakie Flatlander i reszta dotychczas stworzyli. Anthony Fantano pewnie w tym momencie nagrywa recenzję, budując tym samym ołtarz opisywanemu albumowi, Pitchfork i reszta opiniotwórczych gigantów także piszą już dytyramby na jego cześć. W tym wypadku jedno jest pewne – wszyscy oni będą mieli stuprocentową rację. Natomiast to, że w ich faktyczny rozpad nie bardzo wierzę, pozwala mi czekać na ich kolejny, niby pośmiertny, ruch.

Kevin Nazencew

Pięć i pół