DEATH GRIPS – No Love Deep Web (Mediafire Records)

Archiwum Violence-Online prawdę ci powie – już rok temu z okładem polecałem na niniejszych łamach „debiutancki” mixtape Death Grips. Trzeba było wtedy się zainteresować, dziś jesteście półtora roku zachwytów w plecy. Na poprawę nigdy nie jest za późno, więc jest szansa nadrobić znajomość  jednej z najlepszych – i najbardziej ekstremalnych (tak, tak) – płyt tego roku. Tym bardziej, że w tym wypadku piractwo jest całkowicie usankcjonowane przez samych artystów.

Kto nie zna afery towarzyszącej wydaniu „No Love Deep Web”, niech czyta: po wydaniu w kwietniu tego roku debiutanckiego albumu „The Money Store”, Death Grips w te pędy zarejestrowali jego następcę, którego premierę wytwórnia Epic wyznaczyła na bliżej nieokreślony termin w 2013 roku. We wrześniu album (ozdobiony wymowną okładką) trafił do sieci z inicjatywy samego zespołu i rozkręciła się zadyma, której zatrzymać się nie da, choćby sam Lars Ulrich wzniósł larum. O wymiarze moralnym i prawnym takiego zachowania porozmawiamy sobie innym razem, póki co skupmy się na muzyce, a jest się nad czym pozachwycać. Wspomniany „The Money Store” okazał się płytą znakomitą, ale względnie przebojową, przynajmniej według moich osobistych kryteriów, bo pewnie statystyczny fan produkcji Timbalanda miałby na ten temat inne zdanie. Faktem jest jednak, że przy całym zawiesistym klimacie dałoby się z tamtej płyty wyłuskać tzw. przeboje, choćby „Get Got” czy „I’ve Seen Footage”. W zestawieniu z nimi „No Love Deep Web” wygląda jak Jeff Goldblum na końcu „Muchy” przy Jeffie Goldblumie na początku „Muchy”. Trochę szkoda, że tekst „wkurwione bity” zastrzegł sobie DJ 600 Volt, bo idealnie pasowałby na naklejkę przykrywającą wiadomy fragment okładki. Death Grips stawia tym razem na minimalizm formalny przy maksymalnej ekspresji. Hiphopowe w zarysie numery ubrano w monotonne łupanie w pady, szczątkowe sample, hałasy generowane z syntezatora i rap, który co i rusz wpada w opętane skandowanie, przekrzykując się z brzydkim, naprawdę bardzo brzydkim podkładem. Gdzie mydłki z Neptunes mamroczą i klaszczą, tam Death Grips wrzuca koktajl Mołotowa, mieszankę współczesnych klimatów około-glitch’owych, starej szkoły industrialu, technoidalnych eksperymentów duetu Broadrick/Martin, wreszcie praojców hiphopu. Forma jest tu jednak, jak w każdej dobrej muzyce, przekaźnikiem emocji, a te lokują Death Grips jako rapowy odpowiednik tego, co jawi się przed oczami podczas słuchania Eyehategod, Godflesh, Revenge i tym podobnych piewców piękna świata i ludzkiej dobroci. Rozumiem, że takie nazwy wyglądają dość osobliwie w recenzji płyty, było nie było, hiphopowej, ale dźwięki zawarte na „No Love Deep Web” naprawdę luźno łączą się z pląsająco-hedonistyczną optyką głównego nurtu tego gatunku. Z powodzeniem powinny za to przemówić do tych, którzy tańczyć nie lubią i nie chcą, za to nieobce im muzyczny trans i transgresja.

Zdaję sobie sprawę, że nawet egzaltowane zachwyty i potok dziwnych nazw nie zachęcą czytelników, dla których szczytem ekstremy w muzyce jest pas z nabojami i maska przeciwgazowa. Warto jednak mieć na uwadze, że propozycja artystyczna wesołego tercetu Death Grips wywraca stylistykę hiphopu na lewą stronę i bardziej niż do tańca pasuje do bicia się gazrurką w potylicę w alkoholowym widzie. Od paru tygodni testuję „No Love Deep Web” na co światlejszych fanach muzyki radykalnej w kręgu moich znajomych – osoby niezafrapowanej jak dotąd nie stwierdzono. Warto przesłuchać tę płytę, po wielokroć jeśli trzeba, bo wydawnictw prawdziwie radykalnych i uzależniających ostatnio jakby mało.

Bartosz Cieślak