DEAFHEAVEN – Roads To Judah (Deathwish Records)

Związek black metalu i post rocka nie kończą się na tym, że Thurston Moore wydał za młodu bootlega Venom. Te dwa gatunki rozwijały się raczej niezależnie od siebie i przeważnie z różnych studni czerpały, ale da się zauważyć, że oba łączy podobne myślenie i podejście do muzyki, choćby i ta muzyka się różniła. Odejście od piosenkowego schematu, minimalizm środków, postawienie na klimat, surowa melodyka, transowość – naturalną koleją rzeczy brodaci swetrowcy od Mogwai i Godspeed! You Black Emperor zaczęli przychylniej patrzeć w kierunku „Hvis Lyset Tar Oss” czy „Dead As Dreams”…  Moda trwa.

Sam z umiarkowanym entuzjazmem podchodzę do nurtu, który przyjęło się nazywać „shoegaze-black metalem”. Większość jego przedstawicieli zdaje się skupiać na splataniu gitarowego bzyczenia z mdłymi, melodyjnymi dłużyznami, co prawdopodobnie ma nadać muzyce rangę sztuki okropnie wysokiej. Mało kto próbuje ugotować zupę z psychodelicznego szaleństwa „Loveless” i „Aske”, a wspólny worek zapełniają w najlepszym razie klony Alcest, średnio udane eksperymenty typu Pyramids i zespoły, które kilkanaście lat temu z obrzydzeniem nazywano „gotyckim black metalem”. Na ogólnym tle Deafheaven wypada całkiem interesująco. Mimo krótkiej biografii Amerykanie wypracowali już sobie sprecyzowaną, choć opartą na wyraźnych wzorcach wizję swojej muzyki. Podobnie jak obiecujące zeszłoroczne demo, które zaszumiało nieco na blogspotowych łączach, debiutancka płyta rozwija to, co podjął wcześniej Wolves In The Throne Room, a faktycznie rozpoczął nieodżałowany Weakling na wspomnianej wyżej jedynej płycie. „Roads To Judah” nie jest może albumem, jaki postawiliby sobie na półce miłośnicy wydawnictw z Anja Offensive, ale przepisowo odhacza wszystkie gatunkowe środki, atakując melodyjnymi, ale ciężkimi gitarami, monotonnym pulsem perkusji i wrzaskliwym wokalem. Nad każdą z czterech długich kompozycji unosi się nastrój melancholii, uzyskany jednak bez wspierania się lukrowanymi melodyjkami, nawet, jeśli kawałki przetnie tu i ówdzie spokojniejszy motyw. Co warto zaznaczyć, pełno czasowy debiut Deafheaven brzmi znakomicie, jednocześnie chropawo i selektywnie.

I chciałoby się może, aby punkowy rodowód Deafheaven doszedł do głosu, a zespół przełamał nieco schemat, jakkolwiek dobrze by go nie realizował. Do pewnego stopnia jest tak, że shoegaze’owy black metal, czy też jak kto woli post-black metal, prędko stał się skostniałą formułą i wiele do już ukształtowanego kanonu gatunkowego wnieść się nie da… Wątpliwości rekompensuje zwyczajna przyjemność z doskonale skomponowaną i nagraną muzyką, być może na skok stylistyczny i jakościowy przyjdzie czas na drugim albumie Deafheaven.

Bartosz Cieślak 4