DEADLY FROST – Kill the Posers/DAREN – Obsesje (Krew Diabła)

Bardzo lubię zespoły pokroju Deadly Frost – programowo nieprogresywne, odtwórcze do bólu, ale napędzane pasją do muzyki, która popycha ludzi, by dorzucić cegiełkę do tego zbędnego, ale jakże barwnego światka. Lechu i koledzy do podręczników raczej nie trafią, ale za to pograją jeszcze kawał dobrego metalu, bawiąc się przy tym jak, nomen omen, diabli.

„Kill the Posers” na pozór nie wybija się szczególnie ponad inne oldschoolowe franszyzy, ale ilu z dzisiejszych „kataniarzy” naprawdę potrafi uchwycić ducha korzennego black metalu? Mówimy oczywiście o muzyce starszej niż norweska fala – o Venom, Bathory, Hellhammer, Vulcano, pierwszej płycie Celtic Frost i Kata. Tu nie wystarczy ustrzelić na eBay’u pierwsze wydanie „Apocalyptic Raids”, takie dźwięki trzeba mieć w sercu, znać je od podszewki i rozumieć ich punkowo/rock’n’rollowy rodowód. Deadly Frost papiery na granie mają jak mało kto w naszym kraju i znają siłę prostych, nośnych utworów, dynamicznych riffów i refrenów, do których da się wymachiwać piąchą. Rozumiem, że ton tej wypowiedzi może się komuś wydać natchniony niewspółmiernie do faktycznej wartości muzyki, jeśli ową wartość liczymy miarą „nowatorstwa” – trudno, nic nie poradzę, że tak naprawdę wszystko mi się na „Kill the Posers” podoba. Nawet produkcja (gary jak marzenie!), która przeważnie u podobnych zespołów pada pod ciężarem źle rozumianej „garażowości”… Przymykam oko nawet na tendencyjny (acz znakomicie odegrany) kower – choć na świecie jest przecież wiele innych świetnych kapel, którym bardziej niż Venom przydałoby się odkopanie z lamusa.

Niestety, nie potrafię zapałać równie mocnym entuzjazmem do muzyki, którą Daren (perkusista Deadly Frost) dopełnił ten split. O ile sam pomysł na muzykę – skrajnie prosty black metal w doomowym tempie – jest jak najbardziej chwalebny, o tyle zabrakło jej klimatu, na którym powinna się opierać. Nie pomagają bynajmniej ani dziwnie brzmiące, monotonne gitary, ani prymitywne partie klawiszy. „Obsesje” mają swoje momenty, ale całość sprawia wrażenie mocno niedopracowanej.

Muzyka, jaką gra Deadly Frost ma zasadniczą zaletę, której nie pojmą pismaki i blogersi, poszukujący na bandcampie następców Mastodon. „Kill The Posers” za dziesięć lat będzie tak samo aktualny jak dziś czy gdyby powstał dwie dekady temu, podczas gdy reszta z zażenowaniem wspominać będzie większość obecnych „objawień”, po których nie zostaną nawet puste foldery na twardych dyskach.  Z wiekiem coraz bardziej doceniam muzykę, w której słychać, że jej twórcy szczycą się sporymi zbiorami płyt, które to płyty mają w małym palcu i bardzo, bardzo je kochają. Te pięć utworów Deadly Frost to najfajniejszy o odbiorze wyraz bycia fanem metalu, jaki słyszałem w ostatnim czasie, i dla nich warto sobie sprawić tę płytę.

Deadly Frost 5

Daren 2,5

Bartosz Cieślak