DEAD REGISTER – Fiber (AVR Records)

Nowa twarz na scenie. Założone w Atlancie trzy lata temu trio Dead Register dorobiło się demówki i wydanego niedawno długograja. Dokładają tym samym cegiełkę do ponurego zamczyska, gdzie blade panie w wiktoriańskim sztafażu kopulują z ponurymi sludge’owcami, próbując nadać nowe znaczenie mocno skundlonemu określeniu gotycki metal. Czy to może się udać?

Najbardziej na świecie nie lubię disco polo i właśnie gotyckiego metalu. Ok, disco w tej rywalizacji wygrywa, bo coś śmiesznego może się tu trafić. Niestety, metalowcy swego czasu tak potwornie sprofanowali nietoperzową scenę, że nigdy im tego nie wybaczę. Szczególnie polska odmiana goth metalu miała tu duży i groteskowy wkład. Schemat – wystarczyło mieć w miarę sprawnego gitarzystę i przeciętnego pałkera, potem koniecznie szukało się dziewoi, a najlepiej dwóch – na wokal i klawisz. Całe zastępy smutnych jak pizda zespołów parę ładnych lat temu lansowano tak długo, aż wszyscy uwierzyli, że gotyk równa się klawisze casio i czarne koronki przy mormońskiej spódnicy. Owszem, Closterkeller, celowo przerysowując stylistykę stworzył coś w rodzaju marki i konsekwentnie utrzymuje poziom a Moonlight chciał – może i z niezłym skutkiem – wyjść z matni drzwiami z napisem post rock, co parę lat temu było niezłym pomysłem. Niestety, reszta z tej bardzo licznej gromadki zostawiła po sobie jedynie smród. Dzisiaj to już przeszłość a gotyk znajduje całkiem uważnych naśladowców, którzy spoglądają wreszcie we właściwym kierunku. DR band

Jeśli chodzi o łączenie nietoperzowej muzyki z metalem, pojawiło się paru niezłych wykonawców, do których być może dołączy Dead Register. I żeby było jasne – niniejsze trio absolutnie niczego nie odkrywa, nie zaskakuje a jedynie dostarcza sensownej rozrywki. Jeśli miałbym się pokusić o jakieś obrazowe porównanie – oto brudni sludge/post metalowcy zapałali miłością do The Cure i postanowili zabawić się w klimatyczne granie. Albo na odwrót – np. HIM stwierdził, że czas wreszcie nagrać coś sensownego, żeby załapać się na Brutal Assault. Jak zwał tak zwał, na „Fiber” mamy wszystkie, najważniejsze cechy opisywanego tu gatunku. Są minorowe klimaciki, duszny klimat, gęste, chrzęszczące gitary, tu i ówdzie przetykane bardziej psychodelicznym wjazdami no i oczywiście natchniony śpiew. Zespół balansuje, przesuwając środek ciężkości raz w stronę nastrojowych, podniosłych gotyckich partii, to znowu nurzając się w nieco post metalowych klimatach. Najważniejsze, że połączenie wyszło im całkiem strawne i choć wszystko już gdzieś w innych konfiguracjach słyszeliśmy (czasami wręcz dosłownie – co Wam przypominają partie wokalne w „Grave”?), jest w tym jakaś metoda. Długaśne numery są pełne pomysłów, choć zespół kombinuje raczej z fakturami brzmieniowymi niż z konstrukcjami utworów. Te pozostają formalnie proste, zapewniając odpowiednią czytelność kompozycjom. Drobny przyczynek do dyskusji o poszerzaniu znaczenia słowa „metal”.

Arek Lerch 

Cztery