DEAD MAN’S CHEST – Hateline (Seventh Dagger Records)

Po metalowych płyciwach czas na oddech. Coś hardcore’owego. Coś angielskiego i polskiego zarazem. Ok., z tym oddechem przesadziłem, bo Dead Man’s Chest wycina riffy, które ociekają wręcz metalowym mięchem, na szczęście robi to w sposób pięknie surowy i wściekle intensywny. Gdyby jeszcze zechcieli do nas przyjechać…

Najnowsze, pierwsze pełnometrażowe dzieło zespołu, którym dowodzi/bębni Andrew Szpirko znany chociażby z Pignation czy Shackled Down to cios prosto między oczęta. Już poprzedni mini album lokował DMC w klubie ostrych fight’erów, mieszając potężne zwolnienia z masywnym riffem, na milę śmierdzącym dokonaniami ekipy Kinga. Nowa płyta po części rozwija te pomysły, eksplorując w  dużej mierze thrash’owe nawalanie, żeniąc hardcore z d – beat’em, stawiając na ciężar, dół i złość, która wylewa się z każdego dźwięku i słów, jakie zaklęto na „Hateline”. W zasadzie trudno tu mówić nawet o jakichś niuansach technicznych czy aranżacyjnych, bo chodzi głównie o brutalne walnięcie w pysk. I żeby było wszystko jasne – w życiu nie zdecyduję się na nazwanie tej muzyki metalcorem, bo w zasadzie nie jest to miks, tylko zmetalizowany co najwyżej hardcore, pozbawiony megalomańswa i nieszczęśliwego parcia na komercję większości załóg spod najbardziej splugawionego szyldu świata.

Jeśli jednak wgryzać się w materiał, na pierwszy plan wysuwa się deklaracja „Dead Man’s Chest” z świetnymi zmianami temp i Slayerem wyzierającym z każdego kąta. Dużo się dzieje w miażdżącym kości „Doombringer” zaś nieco lżej i bardziej – o kurczę!! – wesoło jest w „Cold Cunts”, gdzie mamy próbę ożenienia d – beat’owego hardcore’a z rock’n’rollem. Pozostałe kawałki z naciskiem na „The Icons” i świetny choć strasznie smutny „2012” to apoteoza nowoczesnego hardcore’a z ukłonem w stronę metalu, zarówno w riffie jak i młócącej podwójną stopą perkusji. Ale – żeby było jasne – nie jest to ukłon służalczy a raczej partnerskie podanie ręki. Może DMC nie stworzyli czegoś oryginalnego w treści, ale swoją robotę wykonują nadzwyczaj kompetentnie.

I jeszcze jedna kwestia, która powoduje, że po płytę sięgam z przyjemnością – zajebista oprawa graficzna. Począwszy od okładki, przez komiksowe obrazki w środku, na zdjęciach kończąc, wszystko jest dopracowane do ostatniego piksela. Nie ma tu przypadku i częstego na współczesnych płytach, olewczego minimalizmu. Pełen wypas, który powinien skłonić do sięgnięcia po fizyczną płytę a nie ripowania z sieci. Teraz pozostaje zaprosić pana Szpirko z kolegami do Polszy. Jak najszybciej…

Arek Lerch 4,5