DEAD LORD – Heads Held High (Century Media)

Oldscholowy rock, hard rock, heavy metal mają się nieźle. Kapel oddających hołd temu, co grało się przez 30 i więcej laty, nie brakuje. Sporo z nich jest ciekawych, aczkolwiek za mocno stoi muzycznie w przeszłości i nie odnalazło jeszcze własnej pieczęci, którą warto byłoby przybić na komponowanych piosenkach. Szwedzki Dead Lord wciąż jej szuka.

„Heads Held High” to drugi album szwedzkiej kapeli. Ze świetnie ustawionym, ciepłym, głębokim brzmieniem, z więcej niż dobrym poziomem instrumentalnym muzyków. Z wciąż silnie przebijającym z kompozycji wpływem Thin Lizzy, zwłaszcza w tych pięknie granych unisono solówkach gitarowych, a nawet trochę w wokalu Hakima Krima, nierzadko śpiewającym z manierą podszytą dezynwolturą, jak u Phila Lynotta.

Oczywistością jest, że każdy jakieś inspiracje ma, ale im szybciej zejdą one na dalszy plan, tym lepiej. Musi być coś, co daną kapelę wyróżnia, aby można było myśleć o zajęciu ważnego miejsca na scenie. Dead Lord ma z tym problem. Choć grać umieją naprawdę przednio, darem tworzenia melodii obdarowano ich sowicie, choć płyta brzmi jakbyśmy stali pod sceną i słuchali piosenek (panowie deklarują, że całość została nagrana „na setkę”, do tego na analogowej taśmie), to ja tu bardziej słyszę Thin Lizzy i chwilami stare AC/DC. Chciałbym zaś zapamiętać Szwedów nie jako tych, którzy „grają pod Thin Lizzy”, tylko jako Dead Lord, świetny rockowy skandynawski ansambl, grający na dawną modłę.Dead Lord Band

Wiem, ponarzekałem trochę, więc na koniec coś pozytywnego. Dead Lord naprawdę piosenki pisać umie i kilka zawartych na „Heads Held High” z pewnością są dla nich dobrym powodem do noszenia głowy wysoko, a dla nas do zawieszenia na nich ucha. Choćby „Farewell”, „Mindless”, „With Heads Held High”. Posłuchać na pewno ich warto. Ale warto też wymagać od kwartetu więcej. Słychać, że stać ich na stworzenie czegoś dużego i pamiętnego.

Lesław Dutkowski

Trzy