DEAD LETTER CIRCUS – The Catalyst Fire (Sumerian Records/The End Records)

Australijski metal i rock to jeden z moich koników; choć już przez jakiś czas nie zgłębiam sceny na Antypodach, mam swoich faworytów, których poczynania śledzę z uwagą. Jednym z nich, a raczej osobistym numerem jeden w zestawieniu ulubionych zespołów z byłej koloni brytyjskiej, są podopieczni Sumerian Records z Dead Letter Circus.

Po co najmniej bardzo udanym debiucie i trochę zbyt długiej przerwie wydawniczej, przypominają o sobie drugim, pełnowymiarowym wydawnictwem. „The Catalyst Fire” jest krążkiem, który jawi się jako doskonała kontynuacja debiutu, ale co najważniejsze, jest to rzecz jeszcze dojrzalsza, mniej energiczna, ale za to bardzo przestrzenna. Delikatne odciążenie twórczości tego zespołu i jeszcze większe zbliżenie jej do Muse oraz kolegów z Karnivool wychodzi tym panom wyłącznie na dobre. Zresztą, wystarczy posłuchać singlowego „Lodestar” (nie mylić z producenckim duetem drum’n’bass z UK) aby mieć jak na tacy wszystkie najlepsze smaczki i zmiany jakimi raczą nas ci panowie. Sprawdźcie również obrazek jaki został nakręcony do tego utworu, bo po prostu warto. Rzadko kiedy wspominam o teledyskach, bo ich nie lubię, tak ten jeden klip bardzo mi się podoba.

Wróćmy do zawartości czysto muzycznej. Cóż, Dead Letter Circus to nadal bardzo zgrabna mieszanka progresywnego rocka i metalu, momentami bardzo mocno przebojowego i ocierającego się o współczesną alternatywę. Nie dla hipsterów, ale za to dla wszystkich ceniących dobre, gitarowe granie nie pozbawione pazura i umiejętnie wplecionych klawiszowych pasaży. Elektronika w tym zespole, tuż obok unikalnego, bardzo ciepłego, ale mocno osadzonego w wysokich rejestrach wokalu, stanowi niezwykle ważny element, który ma ogromny wpływ na kształt kompozycji, gdyż nierzadko klawisze przejmują główną rolę w budowaniu tematów. Jednakże ze wszystkich instrumentów to bębny i bas dostały najwięcej miejsca w miksie – i słusznie. Sekcja w tym zespole ma dużo do zaoferowania („Lost Without Leaders”, „Say Your Prayers”) i byłbym wielce rozczarowany gdyby nie dano tej dwójce pokazać się ze swoich najlepszych stron. Jedyną wadą „The Catalyst Fire” jest wspomniane wyżej odciążenie gitar, ale ta uwaga pewnie nie miałaby miejsca, gdybym nie karmił się ostatnio wyłącznie „młócką” 7 strunowych gitar w niskich strojach. Poza tym, album ten to kopalnia hitów, mądrej i bardzo przemyślanej muzyki dla fanów nie tylko kapel, o których wspominam w akapicie wyżej, ale również dla tych, którzy lubią nawet Radiohead i Tool.

Grzegorz „Chain” Pindor

Pięć