DEAD INFECTION – A Chapter of Accidents (Selfmadegod)

Nigdy nie byłem w Białymstoku, ale te rejony naszego kraju budzą we mnie nadzwyczaj dobre skojarzenia. Może nie główną, ale jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy jest na pewno twórczość Dead Infection, którzy obok Behemoth i Vader są naszym najważniejszym towarem eksportowym w dziedzinie (naj)mocniejszego grania. Jak by nie patrzeć jest to zespół uznawany za jednego z najważniejszych przedstawicieli swojego gatunku i nie ma większego znaczenia, że nie przekłada się to na zainteresowanie ze strony hord nastolatek w długich czarnych sukniach, celebryckie występy u boku Katarzyny W. czy podpisywanie płyt w okolicznych Empikach… Zacznijmy jednak od początku.

Kiedy przeszło pół wieku temu Chuck Berry chwytał za gitarę z zamiarem skomponowania „Roll Over Beethoven”, zapewne nie zdawał sobie sprawy z tego, że ta (i tak jak na tamte czasy radykalna) muzyka zostanie trzy dekady później doprowadzona do ocierającej się o hałas skrajności przez młodych chłopców z Liverpoolu. Oczywiście nie mam tu na myśli The Beatles (to nie ta dekada), tylko Carcass, którzy na swoim debiutanckim „Reek Of Putrefaction” zaserwowali przepis na potrawę, którą później zwykło się określać mianem goregrind. W wyniku ciągnącej się przez trzydzieści lat ewolucji rocka w kierunku coraz bardziej radykalnych brzmień, doprowadzony do maksymalnej szybkości punkowy rytm przeistaczał się w tych utworach w jednostajną perkusyjną kanonadę, wspartą ścianą nisko nastrojonych gitar i niemiłosiernie zniekształconymi bulgotami generowanymi z gardeł muzyków. Wszystko to okraszone było historiami o zdeformowanych lub okaleczonych wnętrznościach, pisanymi z pomocą terminów zapożyczonych ze słownika medycznego. Nie da się zaprzeczyć, że styl ten miał w sobie wiele elementów groteski, błędem jednak byłoby odbieranie tej muzyki wyłącznie w kategoriach żartu. Musiała mieć ona w sobie pewnego rodzaju ogień, bo dźwięki te rozpaliły serca setek młodych fanów na całym świecie i nakazały im chwycić za gitary i podążać dalej tą samą ścieżką, którą depczący jako pierwszy Carcass opuścił na kolejnych płytach, kierując się bardziej w stronę tradycyjnego heavy metalu i hard rocka.

Jednym z takich naśladowców (żadna to ujma, bo naśladownictwem jest już sam fakt chwycenia za gitarę) było właśnie nasze rodzime Dead Infection. Opisywana tutaj w dość pokrętny sposób „A Chapter Of Accidents” z 1995 roku jest ich drugą płytą i jednym z najlepszych przykładów tego, co sprawni muzycy potrafią ugotować według przepisu zamieszczonego na wspomnianej wyżej „Reek Of Putrefaction”. Mamy tu doskonałe brzmienie, oszałamiająco precyzyjne i potężne partie bębnów, kipiące dziczą wokale i sporą ilość chwytliwych motywów i przeróżnych „smaczków”, które dynamizują tę muzykę nie pozwalając jej zamienić się w jednostajną kanonadę. Oczywiście dla kogoś, kto nie przywykł do tego rodzaju estetyki, „A Chapter Of Accidents” i tak jawić się będzie jako kupa nieskładnego hałasu, ale osoba osłuchana w tego rodzaju dźwiękach doceni kunszt muzyków i pasję, z jaką tę „kakofonię” generują. To chyba moja ulubiona pozycja z dyskografii Dead Infection i do niej właśnie wracam najczęściej.

Jak zwykle wypada pochwalić wytwórnię Selfmadegod za inicjatywę wznowienia tej, dość trudno chyba dzisiaj dostępnej, płyty. Z drugiej strony być może chwalić nie wypada, skoro jesteśmy portalem z tą wytwórnią związanym. Ale pochwalę i tak. A samą płytę powinien mieć na półce każdy, kto oprócz albumów Carcass, Napalm Death albo Defecation kolekcjonuje także krążki General Surgery, Regurgitate, Haemorrhage, Pungent Stench, Blood, Xysma i im podobnych, czyli także taką może nie absolutną, ale jednak klasykę. Zresztą nie o klasyczność w tym wszystkim chodzi, a o fakt, czy dobrze się danej płyty słucha. „A Chapter Of Accidents” to płyta, której słucha się wybornie.

Michał Spryszak

Pięć i pół