DEAD – Idiots (We Empty Rooms)

To jest 129 powrót do czasów, kiedy noise rządził. Nudne, prawda? Ale co począć, skoro nadal taka muzyka tkwi mi w głowie. Tkwi też we łbach wielu innych przedstawicieli młodszego pokolenia, którzy co i rusz próbują odtworzyć – z różnym skutkiem – brzmienie pionierów gatunku. Tym razem zawędrowałem aż do Melbourne, gdzie w 2010 roku rozpoczął działalność duet o skromnej nazwie Dead, sytuujący się w połowie drogi między klasycznym noise a starej szkoły math rockiem. 

Granie noise/math rocka to nie jest wcale taka łatwa sprawa. Przede wszystkim ze względu na brzmienie. Osiągnięcie surowego a jednocześnie plastycznego dźwięku wymaga nie tylko dobrego (starego?) instrumentarium, ale przede wszystkim czujnego gościa za gałami. Nie wiem z kim nagrywał Dead, ale efekt jest piorunujący. Płyta brzmi jak wydana gdzieś w okolicach „At Action Park” – organiczne, drewniane bębny i jazgoczące struny, z dużą dawką środkowego, zapiaszczonego pasma powodują, że słyszę w tej muzyce „prawdę”. Może to głupie skojarzenie, ale Dead, przy całej skromności składu brzmi wręcz idealnie. Realizacji płyty niczego nie brakuje, jednak to, co naprawdę mnie zachwyciło, to podejście do kompozycji. Z ascetycznej, pozornie mało atrakcyjnej formy, Australijczycy wyciągają nie tylko esencję, ale także niesamowity klimat, co mnie najbardziej zaskakuje. Klimat starego garażowego noise, zagranego jednak z wirtuozerią godną najlepszych maniaków muzycznej matematyki. Przede wszystkim słychać jednak, że muzycy mają czas. Kawałki rozkręcają się niesamowicie wolno, wokale wchodzą często dopiero gdzieś pod koniec numeru. Co i rusz pojawiają się jakieś zawieszenia akcji, muzyka przycicha. Dużo tu medytacji, która powtykana między hałaśliwe erupcje, pozwala na kilka miłych zaskoczeń podczas lektury „Idiots”. Dead czerpią inspiracje ze środkowego okresu ekipy Albiniego, stąd też takie transowe pochody jak w „Up!” czy „Murder Hollow”, gdzie obcujemy z miarowo (dla niektórych – zajebiście monotonnie) grającą sekcją, powoli, bez pośpiechu pompującą kolejne takty. Czasami zespół dawkuje nieźle toporny, korzenny noise („Inherit the Wind”), w innym miejscu nagle dostaje szału i prezentuje akademickie umiejętności (puchnący od skomplikowanych podziałów, szalony „Bed Bugs”). Jednak najlepszy jest zamykający stawkę, dziesięciominutowy „Logo Men”. Ociężały, plemienny trans, skrzyżowany z bluesowym odjazdem. W dodatku, charakterystycznie dla tego zespołu, bardzo oszczędny (nie mylić z „nudny”…) aranżacyjnie. Dużo powietrza, medytacja i ponury klimat.

Urzekła mnie ta płyta, bo po raz pierwszy od dawna usłyszałem coś na kształt interpretacji muzyki noise. Wariacje dokonywane przez Dead mają sens, bo przynoszą kilka nowych dźwięków. Może nie takich, których nikt nie odkrył, ale konfiguracja, jaką słyszymy na tej płycie miejscami zadziwia. Głównie nastrojem i bardzo fajnym, czujnym prowadzeniem instrumentów. „Idiots” jest płytą zdecydowanie nie dla idiotów.

Arek Lerch 

Cztery i pół