DEAD CROSS – Dead Cross (Ipecac Records)

Kolejna supergrupa, kolejny świetny album. Nie przypuszczałem, że na stare lata Patton i Lombardo dowalą tak agresywnym materiałem. Zwłaszcza frontman Faith No More ma zaskakująco dużo pary w płucach, i gotów jest do wypluwania się z siebie kolejnych mrocznych tekstów. Do towarzystwa wyżej wymienieni dobrali sobie gitarzystę Mike’a Crain i Justina Pearsona – obu z rockowego Retox. Nie są to jednak żadne nowe twarze, ani ludzie w ciemię bici, co załoganci, którzy zjedli zęby na wściekłej muzyce. Cała czwórka obrała sobie za cel grę intensywnego, połamanego hardcore/punka w duchu Siege, Heresy, Dropdead a nawet Attittude Adjustment, i jak można przypuszczać, efekt jest kosmicznie dobry. Mało tego, wstyd przyznać, że ze starymi dziadkami bawię się lepiej niż z muzykami „mojego pokolenia”.

Debiut Dead Cross ma w sobie szaleństwo Fantomas, agresję wspomnianych zespołów i sporą dawkę pożądanej dziś oryginalności. Mało kto przypuszczał, że “dziadki”, które nagrały już swoje najlepsze płyty, potrafią jeszcze zagrać z taką pasją, wigorem i energią, godną zespołów crossover, niż ludzi, którzy na co dzień grają raz jazz, to ekstremalny metal na popowych brzmieniach kończąc. Nie liczą się zatem (aż tak bardzo) korzenie, a tu i teraz, i chęć grania muzy z jajem, żeby powspominać. Takie vintage, to ja lubię, łaknę więcej i życzę panom, aby Dead Cross nie odeszło w niepamięć jako jednorazowy wybryk, w dodatku urozmaicany coverami Bauhaus, co przetrwało krótką (ale jednak) próbę czasu i pokazało wszystkim dookoła, że nie ma złej pory na bunt. Band

Największą zaletą tego krążka jest (czego się nie spodziewałem), doskonale wyważone, naturalne brzmienie (gdzie tam Lombardo i triggery), a ponadto, jego plastyczność i łatwość, z jaką panowie żonglują motywami. Z nowinek, pojawiają się blasty w duecie z partiami saksofonu, ale zaraz powiesz, czytelniku, że to już było. Owszem, było, ale nie u Pattona, i nie w asyście Boga perkusji – Lombardo. Druga rzecz, w tym wyścigu z samym sobą, grupa nie zapomina o momentach oddechu, miejscach w których dają upust “łamańcom” i wtedy Dead Cross najbliżej do zespołu (niemal!) nowatorskiego, grającego – a jakże – po swojemu. Choć żonglują dobrze znanymi patentami, eksploatowanymi do granic możliwości w późnych latach 90., wspólna zabawa w odkrywanie kolejnych elementów puzzli sprawia cholerną radochę.

Grzegorz Pindor

Pięć i pół