DAUGHTER – Not To Disappear (4AD/Sonic)

Najbardziej skompromitowanym słowem używanym czy to przez dziennikarzy czy samych muzyków są „emocje”. Brylują w tym oczywiście metalowcy, którzy „wyrażają emocje”, czym tłumaczą zazwyczaj brak pomysłów na wyjaśnianie bzdur w tekstach. Zresztą, inne gatunki nie są lepsze. W każdym razie, kiedy przeczytałem o emocjach w muzyce Daughter, poważnie się przestraszyłem. Na szczęście, nie ma tu metalu, ba, nie ma nawet rocka i mocniejszych gitar. Jest za to cała masa… emocji.

Daughter należą do grupy wykonawców, którzy mocno szperali w psychodelicznych klimatach z lat 80, potem zakochali się w produkcjach 4AD, ze szczególnym naciskiem na Cocteau Twins czy This Mortal Coil, wreszcie sami w tej stajni wylądowali i nie ma się co dziwić, bo jak mało który wykonawca do niej pasują. Wprawdzie z chlubną przeszłością wytwórni Ivo Watts-Russella łączy ich pomysł na muzykę, jednak wykonanie a szczególnie brzmienie jest jak najbardziej współczesne. Czyli mimo dużej dawki plastiku, wykorzystania sztucznych brzmień, muzyka tchnie naturalną, nieprzesadzoną aurą żywego grania. Trójka muzyków wykazała się na swojej drugiej płycie dużym sprytem, łącząc poszczególne wątki w taki sposób, że całość tworzy jednorodną, mglistą i tajemniczą opowieść, jedynie teoretycznie podzieloną na odcinki. Oczywiście, pewnie tyle samo będzie opinii, że „Not To Disappear” zabija przeraźliwą nudą. Co kto lubi.Daughter - Press Images - March 2012 - London

Przede wszystkim dominuje tu smutny, zamyślony, senny klimat, sadowiący Daughter w połowie drogi między neo psychodelią a współczesnym shoegaze. Całość startuje dream popowym „New Ways”, który wyraźnie określa, gdzie się znajdujemy. Wpadamy w mgłę, wszechobecne, psychodeliczne pogłosy („Numbers”, „Doing the Right Thing”), zaczyna być zimno, aż do końcowego odlotu w postaci rozmazanego brzmieniowo „Made of Stone”. Momentami muzyka wpada w nieco post rockowe koleiny, szczególnie za sprawą minimalizmu, jaki cechuje aranżacje. Można też bez problemu wyczuć, że zespół nasłuchał się starych produkcji, przez co doprowadził do swoistego „odchudzenia” brzmienia, unikając tym samym współczesnej „puszystości” cechującej obróbkę masteringową nowych płyt. Dzięki temu doprowadzi do delikatnego i kontrolowanego „postarzenia” muzyki, bez popadania w nadmierny sentymentalizm.  Na szczęście, by zupełnie nie zasnąć (i tym samym wpuścić czyhające na nas demony…) dostajemy jeszcze „No Cave”, gdzie robi się bardziej nerwowo za sprawą nieco dynamicznego, rockowego bitu. Równie ciekawie wypada „Fossa” – tu z kolei zespół sprytnie zestawił fragmenty żywcem wyjęte z „Treasure” z odcinkami napędzanymi szybkim rytmem, tworząc tym samym najciekawszą bodajże kompozycję na nowej płycie. Nie łudźcie się jednak – całość do tego stopnia zatopiona jest w pogłosach i wszechobecnej, plastikowej mgle, że smakuje jedynie jako całość. Singla z tego nie wykroją, ale mogą się stać kultowi. Jeśli dorzucić do tego żeński – tradycyjnie, przyjemnie naiwny – wokal i smutne (choć niegłupie…) teksty, mamy do czynienia z niezłą dawką muzycznego wycofania. W sam raz dla zamyślonych introwertyków. Ciekawa pozycja na otwarcie muzycznego roku.

Arek Lerch

Pięć