DARKTHRONE – The Underground Resistance (Peaceville)

Przyjemnie jest dla odmiany recenzować płytę już po jej premierze, trochę na przekór absurdalnej potrzebie „bycia na czasie” i posiadania opinii na każdy temat. Co prawda od faktycznej premiery upłynęły raptem dwa tygodnie, ale w przeliczeniu na czas internetowy to prawie tysiąc lat, podczas których kliknięto w miliony linków do linków, skomentowano setki komentarzy do komentarzy, oraz stoczono dziesiątki burzliwych dyskusji na temat dyskusji toczonych wcześniej. Tymczasem w prawdziwym świecie Darkthrone wydał kolejny album, który jak zwykle jednych ucieszył, a innych zasmucił.

Nie znaleźli na tej płycie na pewno ukojenia romantycy marzący o drugim „Transilvanian Hunger”, ale nawet ja, „łykający” Darkthrone w każdym jego wcieleniu i gotów wychwalać nawet odgłosy kamyków ocierających się o siebie w kieszeni Fenriza, miałem z nią na początku ciężką przeprawę. Wypuszczony wcześniej jako zajawka, znakomity „Leave No Cross Unturned”, wywrócił do góry nogami to, co miał wywrócić, ale jednocześnie wywindował oczekiwania tak wysoko, że konfrontacja z całą płytą okazała się problematyczna. Na pierwszy rzut ucha zabrakło tu bowiem utworów, które mogłyby równać się w wyżej wymienionym pod względem energii i przebojowości. Dziwaczny „Valkyrie”, brzmiący jak odrzut z poprzedniej płyty „The Ones You Left Behind” i przyzwoite, acz nie tak jadowite jak na kilku ostatnich albumach kawałki Nocturno Culto, wydawały się posiadać zbyt małą siłę ognia, by stawić czoła hordom fanów Slipknot i jednocześnie odeprzeć podstępne ataki skrytobójców pod banderami Ildjarn i Vlad Tepes. Wyglądało na to, że tej bitwy nie wygramy…

Na szczęście, podziemny ruch oporu nie poddaje się bez walki i z każdym kolejnym przesłuchaniem płyta rosła w moich uszach w siłę. Znakomity, otwierający riff „Dead Early” kusił za bardzo by poprzestać na jednym tylko z nim spotkaniu. Balansujący między Candlemass a Destruction „Come Warfare, The Entire Doom” też nie dawał łatwo o sobie zapomnieć, a natchniony śpiew z „Valkyrie” wbił się do głowy tak mocno, że pierwotne wątpliwości podzieliły w końcu los większości głupich myśli i padły ofiarą wewnętrznej gumki myszki. I nawet w najmniej z początku kochanym „The Ones You Left Behind” udało mi się odnaleźć fragment, który wprowadził mnie w stan błogiego zachwytu. I ostatecznie znów udało im się mnie zwerbować.

Jeśli ktoś jeszcze się nie zorientował, Darkthrone nadal podąża tu ścieżką wytyczoną na „The Cult is Alive”. Uczciwie rzecz ujmując, robi to raz lepiej, raz gorzej, ale cały czas na poziomie, który daje słuchaczowi dużo satysfakcji. I wbrew pozorom Darkthrone wciąż brzmi jak Darkthrone… a przynajmniej jak ten Darkthrone, który znamy z kilku ostatnich płyt. Dlatego jedyne pytanie, na które każdy zainteresowany musi sobie odpowiedzieć, to czy bawi go takie akurat wcielenie pyskatego Fenriza i introwertycznego Nocturno Culto. Mnie bawi, więc póki co dalej trzymam stronę podziemnego ruchu oporu.

Michał Spryszak

Pięć