DARKEST HOUR – The Human Romance (Century Media)

Trudno jest w dzisiejszych czasach przekonująco grać muzykę tak hermetyczną i wyeksploatowaną, jak melodyjny death metal. Zjadłszy już dawno temu własny ogon, a obecnie coraz mocniej wgryzając się w pośladki, gatunek ten lata swej świetności ma daleko za sobą. Czy jednak nieodwołalnie? Tu będę się spierał.

Darkest Hour istnieje już dobre 15 lat, a swe jestestwo wywodzi z waszyngtońskiej sceny hardcore/punk. Pierwszymi materiałami („The Mark of the Judas” z 2000 oraz „So Sedated, So Secure” z 2001 r.) grupa powoli wychodziła z jej cienia, by doświadczyć pełnego rozkwitu podczas metalcore’owego boomu minionej dekady. To na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat wyszły bodaj najbardziej udane krążki formacji: „Hidden Hands of a Sadist Nation” (2003), „Undoing Ruin” (2005) oraz „Deliver Us” (2007 r.). Wtedy to również stylistyka Amerykanów nawiązała nasilający się z czasem romans z goeteborską melodyką. Romans ów trwa po dziś dzień i wkroczył właśnie w fazę kulminacyjną i najdojrzalszą za sprawą płyty zatytułowanej wymownie… „The Human Romance” (sic!).

Uczucie to już zaawansowane i okrzepłe, co zdecydowanie słychać na siódmym dziele kwintetu. O ile krótkie wprowadzenie „Terra Nocturnus” jedynie odpowiednio nastraja słuchacza, o tyle nadchodzący po nim „The World Engulfed in Flames” rozwiewa wszelkie wątpliwości, jakoby brzmienie Darkest Hour było li tylko powierzchownym, przelotnym flirtem z charakterystycznymi szwedzkimi sekwencjami riffów. Mamy tu i mistrzowsko dobrane gitarowe duale, i rozpędzoną jazdę sekcji rytmicznej w zwrotkach, przede wszystkim zaś pamiętano o zadziorności, której przez lata brakowało tuzinom epigonów In Flames i At the Gates. Co cieszy, te ostre pazury posiadają także pozostałe kompozycje: zarówno singlowy „Savour the Kill” czy rzewny „Love As a Weapon”, jak i te zdecydowanie agresywne fragmenty rzędu thrashowych „Your Everyday Disaster” i „Violent By Nature”. „The Human Romance” jest albumem ciekawym przede wszystkim gitarowo. Każdy numer ma soczyste solówki, a pojawiające się często nakładki fajnie urozmaicają podstawowe riffy. Słychać, że wciąż świeży tandem Schleibaum – Carrigan zdecydowanie lepiej niż na poprzednim wydawnictwie „The Eternal Return” dogaduje się kompozycyjnie, a przypieczętowaniem tego przymierza jest blisko dziewięciominutowy instrumentalny „Terra Solaris”. Nie mniej ciekawie prezentuje się Ludzki Romans od strony wokalnej. Głos Johna Henry’ego od dawna cechuje spora charyzma, zdarzyło się mu też w przeszłości eksperymentować z zaśpiewami bardziej piosenkowymi. Tym razem jego partie wypadają po prostu najlepiej z dotychczasowych – charakterystycznie zabarwiony wrzask kipi emocjami, brzmiąc przy tym pewnie i swobodnie, a zagraniom melodyjnym wciąż daleko do wypieszczonych produktów po studyjnej obróbce. Mamy za to fajny, mocno zachrypnięty śpiew, perfekcyjnie żrący zwłaszcza we wspomnianym „Love As a Weapon”.

Jest w „The Human Romance” jeszcze coś, dzięki czemu ciężko przejść obok niej obojętnie. To pewien pozytywny ładunek, jakim emanują zawarte na nim numery. Paradoksalnie, nawet zatytułowany drastycznie „Severed Into Separates” elektryzuje swymi pokładami energii. Dobrze, że poza instrumentalnym zaawansowaniem i kompozytorskim kunsztem Darkest Hour nie zapomina o wartości podstawowej – szczerej radości z grania.

Cyprian Łakomy 5.5