DARK CASTLE – Surrender to All Life Beyond Form (Profound Lore)

Nowy album Dark Castle zabił mi ćwieka na tyle, że poród poniższej recenzji opóźnił się o dobre dwa tygodnie. Nie to, żeby „Surrender to All Life Beyond Form” porwało mnie nie wiadomo jak i odcięło od rzeczywistości – chociaż nawet podoba mi się ta płyta. Problem w tym, że ciężko mi samemu określić, na ile broni się muzyka sama w sobie, a na ile wybija się ona na tle mocno przechodzonego standardu gatunkowego.

Sludge/postmetal (niepotrzebne skreślić) od dłuższego czasu dławi się własną brodą i wełnianą czapą, sabotowany nie tyle przez własne ramy, co przez geometryczny przyrost pozbawionych wyobraźni kapel, które nie kwapią się, by te ramy choć trochę rozepchać. Czterdziesta ósma w tym tygodniu walcowata brzdąkanina z narkomanem za mikrofonem i wulkanem na okładce nie tylko mi dawno już przestała podnosić ciśnienie, i pewnie tendencyjnie olałbym Dark Castle, gdyby nie renoma Profound Lore, która wciąż każe mi sprawdzać co tam nowego w ich katalogu. „Surrender…” jest jakby próbą upstrzenia dość oczywistej wizji bliskoznacznymi elementami z innych gatunków, i za to duże brawa. Pan i Pani Zamek nie przecenili na szczęście swoje muzycznej erudycji – ambientowe, folkowe i psychodeliczne akcenty wkomponowane są z dużym wyczuciem i każdy ma swoje uzasadnienie w dramaturgii danego utworu. Jednak najbardziej przekonują mnie fragmenty, o dziwo, dość przewidywalne, kiedy Dark Castle generuje ścianę gitar i miarowego łomotu bębnów. Choć te riffy brzmią nieco jak przepisane z dzieł państwa Juciferów, mają swoją siłę i potrafią rozbujać czaszkę. Doceniam także prawidłowo wykorzystany kapitał kobiecego głosu i trudno mi sobie wyobrazić, by zamiast Stevie Floyd miał się drzeć dowolny samiec.

„Wszystko jest jak trzeba”, chciałoby się rzec, i właściwie jedyne, co mogę wytknąć „Surrender…” jest to, że nie jest albumem wybitnym. Nie porywa mnie ta muzyka tak, jak teoretycznie mogłaby, gdyby zespół odważnej stąpał po grząskim gruncie, który przecież zna już doskonale. Ponadprzeciętnie zdolne kapele powinny już na tym etapie rachować słuchaczowi kości, a Dark Castle na razie więcej obiecuje niż daje. Póki co, nagrali w miarę krótką (raptem 34 minuty!), całkiem zajmującą płytę i zaznaczyli na niej sznyt własnej osobowości – w skali gatunku to całkiem sporo, jak na nich – chyba trochę za mało.

Oczywiście nie ma ani jednego powodu, dla którego „Surrender…” miałby rozczarować zagorzałych fanów sludge’u, nie tylko dlatego, że niewiele lepszych albumów ostatnio wyszło. Chętnie sprawdzę co Dark Castle wysmaży w przyszłości, póki co ich drugą płytę pozwolę sobie potraktować jako nienajgorszą przystawkę, którą Profound Lore zafundował przed nowym materiałem Morne.

Bartosz Cieślak        4