DARK BUDDHA RISING – Inversum (Neurot Recordings)

„Inversum” w jakimś stopniu zaspokaja moją potrzebę, by na jakiś czas uciec od świata i ludzi, od całego tego zgiełku. Cieszy mnie w tej muzyce oszczędna narracja, ciągnące się dźwiękowe plamy i pierwotna transowość. I ten akcent na atmosferę, a nie na melodie i wpadające w ucho refreny. Na pewno słuchane w nieodpowiednim momencie byłoby to coś zupełnie nieciekawego, czy wręcz nudnego. Wystarczy jednak odrobina zmęczenia, paskudna pogoda za oknem i uparcie powracający nihilizm, żeby opowiadana przez Dark Buddha Rising historia nabrała sensu.

Nadrukowane na płycie logo Neurot Recordings może być w tym przypadku mylące, bo o ile da się tutaj znaleźć pewną płaszczyznę wspólną z twórczością Neurosis, o tyle dzieje się to bardziej na poziomie formy niż treści. Zbliżone do ekipy Scotta Kelly patenty brzmieniowe, zaprzęgnięte w krautrockową motorykę, opowiadają tu bowiem historie z pogranicza kina drogi i filmu grozy. Tak mogliby brzmieć Bohren & Der Club Of Gore, gdyby zamknąć ich w opuszczonym baraku na środku amerykańskiego pustkowia. I na pewno dzieją się tu złe rzeczy. Jakieś małe czary, może odrobina Voodoo, a może po prostu ktoś napluł ci do drinka. W każdym razie nie jest to chyba opowieść z happy endem, bo słuchając „Inversum” można poczuć się jak na nocnym spacerze po opuszczonej okolicy, gdzie każdy ciemny zaułek może kryć w sobie niebezpieczeństwo. Czy nie tego jednak od czasu do czasu szukamy? Pewnie nie tylko w muzyce.DARK BUDDHA RISING

Ale to o muzyce tutaj jest mowa i trzeba przyznać, że fiński sekstet gra te swoje dźwięki w sposób bardzo sugestywny. Nie widzę nawet za bardzo sensu w rozkładaniu ich na części pierwsze i podawaniu tych dwóch ponad dwudziestominutowych utworów drobiazgowej analizie. Dość powiedzieć, że działają one na wyobraźnię nawet wtedy, kiedy zredukuje się je do roli dźwiękowego tła do codziennych czynności. To niepokojące tło wymyka się zresztą spod kontroli, kiedy muzyka dociera do swojego punktu kulminacyjnego. A co dzieje się później? Tego nie zdradzę.

Dość łatwo byłoby mi opisać ten zespół z pomocą kilku przymiotników, czy gatunkowych szufladek, ale nie tylko o to przecież chodzi, żeby było łatwo. I chyba trochę bym skrzywdził tę płytę pisząc o niej w taki sposób, a siebie i czytelnika zanudził. Dlatego tym razem nieco inaczej, trochę mniej wyraźnie i jakby ciemniej. Mniej więcej tak, jak słyszę to, o czym gra Dark Buddha Rising. „Strzeż się tych miejsc”, śpiewał kiedyś Lech Janerka, ale i tak wiemy, że właśnie w te miejsca będzie nas pchać nasza ciekawość i nasza głupota.

Michał Spryszak

Pięć