DANIEL SPALENIAK – Burning Sea (Antena Krzyku)

Okładka mówi wszystko. Zamglony obraz, rozedrgane, wzburzone fale. Niepokój, ale jednocześnie melancholia. Filmowy obrazek. To właśnie nowy Daniel Spaleniak, który po raz kolejny – po płycie „Back Home” –  zabiera nas w dziwną, pełną hipnotycznych wizji podróż. Piękną podróż.

Przekleństwem i zwycięstwem jednocześnie jest dla Daniela fakt, ze został zauważony rzez włodarzy Netflixa, dzięki czemu jego muzyka zdobi niejeden serial tej stacji. To duża szansa, ale jednocześnie patrzmy na jego twórczość przez taki pryzmat, co może nieco zaburzać ogląd sytuacji. Problemem byłaby w takim kontekście kiepska jakość muzyki, jednak, na szczęście, jest zupełnie odwrotnie. Słuchając jego płyt zapominam o tym co się udało i odklejam się od rzeczywistości. Jasne, jest ta muzyka na wskroś ilustracyjna, filmowa, ale jednocześnie jej aksamitna głębia pozwala na niesamowity relaks. Niczego więcej nie oczekuję, co nie zmienia faktu, że płyta „Burning Sea” i tak mnie zaskoczyła. DS

W zasadzie nie mamy tym razem do czynienia z piosenkami a czymś w rodzaju zwiewnych szkiców, impresji, przykuwających uwagę bardziej klimatem niż aranżacją. Daniel odsłania przed nami fragmenty przestrzeni, w której żyje, być może nieco wyrwane z kontekstu, może trochę introwertycznie niedopowiedziane, ale przez to pozostawiające mnóstwo miejsca do własnej interpretacji. Taki szkicownik wrażliwego człowieka, głównie instrumentalny; w zasadzie tylko w tytułowym utworze słyszymy samego autora. Jednocześnie bardzo przyjemne jest spore zróżnicowanie muzyki – od ambientowych pejzaży, przez klimaty bliższe Brianowi Eno z lat 70. aż do współczesnego, mrocznego popu, przelatujemy przez wszystkie możliwe odcienie smutku. Cóż, jest to zdecydowanie płyta nadająca się albo do kontemplacji w domowym zaciszu, albo do inkrustowania jej fragmentami co bardziej mrocznych thrillerów. Co nie zmienia faktu, że wszystkie dźwięki stoją na maksymalnie wysokim poziomie (głównie za sprawą wrażliwości Daniela a nie jakichś wygibasów technicznych, których tu raczej nie ma) i choć wolałbym, żeby ten czy inny numer ciągnął się przez 10 minut a nie dwie, przyznaję, że „Burning Sea” jest kolejnym udanym krokiem w karierze artysty. Jednocześnie czuję podskórnie, że na eksplozję jeszcze chwilę zaczekamy.

Arek Lerch 

Cztery