DANIEL SPALENIAK – Back Home (Antena Krzyku)

Daniel Spaleniak to postać dość tajemnicza; w zasadzie do momentu, kiedy w łapie znalazła się płyta „Back Home”, niewiele o nim wiedziałem. Teraz już wiem – oto kolejny bohater mrocznych opowieści, skażonych smutkiem i zadumą. Coś w sam raz na leniwe popołudnie, gdzieś na wsi albo w lesie. Albo jeszcze lepiej nad morzem w pochmurny dzień… Być może kolega Cieślak w tym momencie napomknie coś o mojej siwej brodzie i starości, ale wcale nie mam zamiaru kryć się z tym, że wolę smutne dumanie z Spaleniakiem w tle.

Muzyka kontemplacyjna. Ilustracyjna. Songwriterka i co tam jeszcze można wymyślić – wszystko pasuje do Daniela, który z akustyczną gitarą i własnym głosem czuje się doskonale. A głos ma jak, hmmm, dzwon, chciałoby się napisać. Faktycznie, to dar z niebios, bo właśnie głęboki, wydobywający się gdzieś z głębin wokal Daniela przykuwa uwagę i do końca płyty stanowi bardzo silny magnes. Jest też, rzecz jasna, muzyka. I tu zaczynają się schody, bo nie całkiem pasuje do wizerunku typowego barda z gitarą.ScreenHunter_2226 Jun. 01 08.22

Najważniejszy jest w tym wszystkim klimat. Daniel osiąga go nie tylko za sprawą bardzo wyważonych kompozycji, ale i w kwestii odpowiedniej aranżacji. W zasadzie mamy tu komplet, bo jest i sekcja i trochę elektroniki, wszystko po to, by jak najlepiej zilustrować zamyślone kompozycje. I tu nasuwa mi się mała uwaga – żałuję, że nieco inaczej nie potraktowano sekcji a szczególnie bębnów, które brzmią – nie wiem, jak to wyglądało w praktyce – jak sample i sprowadzają się jedynie do oszczędnego akompaniamentu. Oczywiście, rozumiem założenie – wycofanie instrumentarium pozwala na wyeksponowanie głównej wartości – melodii i głosu Daniela. Jestem to w stanie zaakceptować, choć momentami brakuje mi nieco intensywniejszej pracy wszystkich instrumentów. Nie mam zamiaru rozdrabniać płyty na poszczególne utwory, bo całość jest na tyle homogeniczna, że najlepiej sprzedaje się w jednym kawałku. Wysunięta gitara akustyczna i charakterystyczna maniera wokalna od razu kierują myśli w stronę ballad Nicka Cave’a. To jedna storna medalu, z drugiej mamy momentami tak wysoką zawartość „twinpiksowatości”, że zastanawiam się, dlaczego producenci nowej odsłony kultowego serialu nie skorzystali z muzyki Spaleniaka. Aksamitny klimat to podstawowy wyróżnik płyty. Momentami jest bardzo mrocznie, ale na szczęście, zachowana jest równowaga, dzięki której cały czas muzyka pozostaje doskonale skonstruowanym produktem. Być może miejscami jest zbyt gładko, czasami przydałby się lekki brud, ale przecież nie będę ganił artysty, że przygotował muzykę na najwyższym poziomie. Jeśli chcecie się baaardzo przyjemnie ponudzić i „umrocznić”, zapodawajcie „Back Home” . Reklamacji nie będzie.

Arek Lerch

Cztery i pół