DAMS OF THE WEST – Youngish American (Columbia/Sony)

Interesują mnie ostatnio płyty, które z jakichś powodów przechodzą bez żadnego odzewu. Wydany gdzieś w marcu debiut Dams of the West idealnie w te poszukiwania się wpisuje. A jeśli dodać, że założony został przez Chrisa Tomsona, nadpobudliwego pałkera Vampire Weekend – których też na naszych łamach opisywaliśmy – nie mogę tej płytki pominąć.

Nie sadzę, by w rocznych podsumowaniach ktoś o „Youngish American” wspomniał, bo to materiał stworzony bez żadnych większych ambicji, poza – co oczywiste – chęcią napisania paru miłych dla ucha piosenek. Perkusista Vampire Weekend zajął się w swoim nowym zespole komponowaniem, grą na gitarze i śpiewem. I z niejaką dumą mogę znowu napisać, że nie tacy perkusiści głupi, jak o nich lubią opowiadać. Bo „Youngish American” to zestaw bardzo melodyjnych, zgrabnie skomponowanych i ze smakiem odegranych, indie rockowych piosenek, z których przynajmniej połowa to gotowe hity. Chris ponoć już od dawna marzył, by nagrać solowy album i lepszego debiutu nie mógł sobie sprezentować. Jasna sprawa, nie jest to żadne odkrycie, zespół nie zawojuje świata i pewnie skończy się na jednej trasie czy supportowaniu macierzystej formacji, ale całość robi bardzo dobre wrażenie.DotW

Najciekawsze jest to, że pomimo zabawy konwencjami, wykorzystywania pozornie znanych zwrotów melodycznych i zabiegów aranżacyjnych, w paru miejscach muzyka intryguje. Takie są np. dwie pierwsze piosenki – „Bridges and Tunnels” i „Tell The Truth”, w których Chris nie dość, że skomponował rewelacyjne refreny to jeszcze zadbał o bardzo dobre podkłady, zarówno rytmiczne jak i harmoniczne. Dobre wrażenie robi zagrany na ¾ „Pretty Good WiFi”, w którym pięknie buzują elektroniczne podkłady. Znajdziemy tu oczywiście całe masy melancholijnego smęcenia („Death Wish”, „Polo Grounds”, „Flag of the Can”, kawałek tytułowy), ale trafi się i żywsze, lekko zadziorne indie („Will I Be Known to Her”). Same konstrukcje są dość typowe, bez niepotrzebnych dłużyzn, kombinowania i wymyślania jakichkolwiek zasadzek czy skoków dynamiki. To nie ostatnie, trochę schizofreniczne – choć dobre – Vampire Weekend; jeśli ktoś lubi solidne, wpadające w ucho piosenki, którym jednak daleko do banału, „Youngish American” będzie jak znalazł.

Tym bardziej nie rozumiem, dlaczego płytka jakoś nie zażarła, bo wszystkie atuty były w ręku Chrisa. Taki to już nieprzewidywalny ten muzyczny biznes.

Arek Lerch

Cztery i pół