DÄLEK – Endangered Philosophies (Ipecac)

Pomijając wymyślne wstępy: „Endangered Philosophies” to naprawdę dobry krążek. Z całą pewnością rzecz lepsza od poprzednika, którego chyba, najzwyczajniej w świecie, przygniotły ludzkie oczekiwania. Tutaj mamy do czynienia z powrotem do normalności, z wszystkimi plusami i minusami podobnego kroku.

Minusami, powiecie? A tak – normalność wiąże się bowiem nie tylko z niezaprzeczalnym znakiem jakości, jaką marka Dälek gwarantuje, ale także z pewną… przewidywalnością? To chyba, mimo wszystko, zbyt duże słowo. Z rutyną. Bo nie będziemy kłócić się o to, że co Amerykanie mieli wymyślić, to wymyślili. Obecnie wszystkich zadowoli zwyczajna klasa.

Ale za nim do tejże przejdziemy, skupmy się na kolejnej z przywar wspomnianej normalności. Nie jest tajemnicą, że mile widziane w muzycznym światku jest dzisiaj wbicie szpili czy dwóch w wiadome osoby i wiadome zjawiska. Niby nic; idea, rzecz jasna, słuszna. Patrząc jednak na sytuację z perspektywy odbiorcy, odrzucając to, co się „powinno”, a czego już niekoniecznie, po pewnym czasie i po tysięcznej płycie, której twórca z wzrokiem utkwionym w niebiosach przekonuje, że natchnęła go sytuacja polityczna, ostatnia kampania w Ameryce i straszny pan z czerwoną twarzą, można wreszcie palnąć ręką w czoło. Mam wrażenie, że zdecydowanie zbyt wiele ostatnio polityki w muzyce i… tym bardziej doceniam, że – wbrew moim obawom – na „Endangered Philosophies” te nawiązania nie kłują w uszy swoją oczywistością. Że nie zagłuszają tego, co powinno pozostać na pierwszym planie.band

Jeszcze odnośnie tego zagłuszania – przy którymś z kolei kontakcie z tym krążkiem odniosłem wrażenie, że cała szorstkość czy umowna nieprzystępność tej muzyki jest sprawą względną. Rzeczy toczą się tutaj na przynajmniej kilku odrębnych poziomach, przenikających się wzajemnie, choć tworzących jedną całość. Jedne są niezwykle wyraźne, wręcz nachalne, inne – ciche, niemal niemożliwe do wychwycenia. Ambientowo szumiące. Tak, wszystko jest w muzyce Dälek względne. Niezmienny pozostaje jedynie fakt, że przebojów tutaj raczej nie uświadczymy. Owszem, nie ma na „Endangered Philosophies” ani zbędnego utworu, ale te numery… nie zostają w głowie. Istnieją wyłącznie w czasie rzeczywistym, a później, cóż, ustępują miejsca kolejnym. Co z tego wynika? Niezwykła intensywność, wiążąca się nie tyle z jakimś sonicznym atakiem, co z opresyjną, duszną atmosferą. Bo niby coś w tle plumka, niby końca świata nie ma, ale ta niepewność i rozdrażnienie zamknięte w dźwiękach nie dają spać. To gorsze, niż koniec świata, bo męczy na dłuższym odcinku. I taką wojnę i opresję kupuję, panowie. Nieoczywistą w symbolach oraz w dźwiękach i – po prostu – wartościową muzycznie. Tak – chociaż zdecydowanie nie jest to płyta spod znaku „easy listen”, jakoś… chce się do niej wracać. Nie taka straszna ta normalność, jak ją malują.

Adam Gościniak

Cztery i pół