D.D DUMBO – Utopia Defeated (4AD/Sonic)

Na początek coś z ulotki reklamowej, bo to zawsze jest ciekawe: 27-letni Oliver Perry mieszka w pokoju przy stajni, na obrzeżach wsi Castlemaine, dwie godziny na północ od Melbourne. Budynek należy do pary zajmującej się permakulturą, trzymają w nim swoje narzędzia” – mówi PerryJednak jest jedno odizolowane, prawie funkcjonalne pomieszczenie. Tam właśnie mieszkam. Ta przestrzeń służy mu także za studio. Jest w tym pomieszczeniu coś z pustelni, co dobrze wpływa na moją pracę… Wiecie, co będzie grane? Jasne. Ja też nie.

W każdym bądź razie, 27 –letni Oliver, kimkolwiek by nie był, ma nielichy talent do tworzenia muzyki, która działa i na wyobraźnię i na układ nożny. Chce się żyć, tańczyć a morda sama się cieszy. Do tego dodajmy, że wszystko co znajduje się na płycie układa jeden człowiek, posiłkując się samplami, komputerem i kto tam wie, czym jeszcze. A wychodzi muzyczka, która brzmi niczym spora, pstrokata orkiestra. Największym atutem Olivera jest to, że jego dźwięki trudno sklasyfikować. Być może jest to muzyka taneczna, może słychać sposób kompilowania sampli a la Ninja Tune, jednak D.D Dumbo to rzecz  całkiem oryginalna i  – poza małymi wyjątkami – trzymająca w napięciu do samego końca. dd

Najlepszą rzeczą jest tu pięknie udrapowane bogactwo dźwięków. Coś co bardzo lubię. Nie ma płaskiego obrazka, wszystko pulsuje, mieni się różnorodnością brzmień, jest ciekawie zestawione. Nieco duszna atmosfera przełamywana jest niezłymi melodiami, akustyczne brzmienia miksują się z samplami. Wychodzi niezły, transkulturowy tygiel. Wyobraźmy sobie, że Sting postanowił wreszcie zrobić coś fajnego, bo od kilku lat cierpi na brak weny. W tym celu kuma się ze Szwedami z Goat, którym pozostawia wolną rękę jeśli chodzi o dynamikę, perkusjonalia itp. Jakimś cudem reaktywuje też Talking Heads i razem jadą na trasę po afrykańskich bezdrożach. Jasne, jest to wizja nieco przerysowana, ale gdzieś na przecięciu tych tropów swoje maszynerie odpala Olivier. Czasami wychodzi to autentycznie mistrzowsko – „Alihukwe” tętni Czarnym Lądem, „Cortizol” też lokuje się gdzieś obok. Idealny song to „Satan”: taneczny puls, przełamywany sennymi, szugejzowymi śpiewami, ładnie nakładające się faktury chropawych sampli kreują ciekawą przestrzeń. Oliver pracuje z elektroniką w specyficzny sposób, układa z niej przestrzenny obraz, nie zawsze idealnie skomponowany, ale zawsze intrygujący. Czasami robi ukłon w stronę klasyki – „King Franco Picasso” faktycznie ma w sobie coś z pociętych, pozornie nielogicznie ułożonych skrawków, funkująca sekcja przypomina nagrania Herbalizer, samplowane dęciaki przyjemnie postarzają efekt. Potrafi być też mocno liryczny jak w przestrzennym, nasyconym akustycznymi brzmieniami i psychodeliczną atmosferą „Toxic City”

O takich płytach zawsze mówi się, że są podejrzane. Nie wiadomo, ile jest w niej autentycznej roboty a ile bezdusznej elektroniki. Wydaje mi się jednak, że dość łatwo usłyszeć w tej produkcji ludzką pasję i krwiste emocje. Nie wiem, jak D.D Dumbo radzi sobie na koncertach i czy widok pana „złamanego” nad komputerem nie zepsuje efektu, ale słuchając płyty zapominam o tym fakcie i dobrze się bawię.

Arek Lerch

Cztery