CYNIC – Kindly Bent To Free Us (Season of Mist)

Nie powinienem być szczególnie zainteresowany ustalaniem w jakim stopniu holistyczne spojrzenie lidera Cynic na świat miało wpływ na jakość nowego dzieła jego zespołu. Przedkładając drogi racjonalizm i tanią whiskey nad new age’owe, upiększające świat farmazony, sprowadzam „Kindly Bent To Free Us” do idei pożądanego pragmatyzmu. Nawet jeśli Paul Masvidal zawarł na nowym albumie jakiś istotny, pozamuzyczny przekaz i ubrał go w ekologiczne dresy, to na końcu zostaje to co winno być na początku – doskonała muzyka, której nie przeszkadza ani miauczenie jej twórcy, ani nieoczywiście słuszne artystyczne wybory, których dokonuje.

Jeżeli nawet pojęcie „pragmatyzm” niekoniecznie właściwie definiuje podejście Masvidala do tworzenia muzyki, to ja jako słuchacz otrzymałem produkt kompletnie kompletny i do kompletu komplementarny wobec mojego zapotrzebowania na chwytliwe piosenki i zaspokajania intelektualnych potrzeb w postaci studiowania gitarowych tabulatur. Jakkolwiek technicznego grania na „Kindly…” nie brakuje, tym jednak razem zostało ono w jeszcze większym stopniu wykorzystane jako baza do wybitnie piosenkowego charakteru utworów. Nie słuchając wydanego w 2008 roku „Traced In Air” od jego debiutu, pamiętam jedynie dwie przebojowe kompozycje – „Adam’s Murmur” i „Integral Birth”, gdzie gitarowe granie schodziło na dalszy plan, ustępując pola Paulowi-wokaliście. Dzisiaj, choć jego głos może wydawać się nieprzyjemnie miękki, pozbawiony vocodera, gdzieś pomiędzy fałszem a ciekawą melodyką, której nie powstydziliby się The Beatles czy Mansun, zawłaszcza dla siebie muzykę, tak jak ma to miejsce w muzyce pop-rockowej. Bo i niewątpliwie bardziej to popowy i słoneczny album, życzliwy i przyjazny dla słuchacza, choć nadal ambitnie gęsty od basowych szaleństw Malone i rytmicznych zabaw Reinerta. Jeżeli pojawiają się „Focusowe” fikołki, to i tak zostają one implementowane do niefikołkowej, niemetalowej całości. Jeżeli Cynic lata w kosmos, to jest on dzisiaj miejscem ezoterycznie ciepłym, symbolicznym, ale jednocześnie bliskim ziemskim zawiłościom form i kształtów.

Otwierający album „True Hallucination Speak” z genialnie prostym przewodnim riffem, który mógłby wyjść spod ręki trzeźwego Dave’a Navarro, „The Lion’s Roar” z ujmującą prostolinijnością w stylu Emiliany Torrini, utwór tytułowy z pozornie nie pasującą linią wokalną, która pasożytuje w mojej głowie niczym „Nina” Ephel Duath czy fjużynowy syntezator gitarowy w „Infinite Shapes” przywodzący na myśl dokonania Eda Hamiltona z płyty „Path to The Heartland”, to tylko część ziemskiej, czterdziestominutowej kawalkady zaskoczeń i niespodzianek. Jeżeli dzisiaj niemałej liczbie albumów można zarzucić przeprodukowanie, tak „Kindly…” jest płytą wręcz… niedoprodukowaną. Poszczególne ścieżki nie do końca wzajemnie kompatybilne brzmieniem i głośnością, wybijający się bas, wycofany wokal (co nie powinno dziwić – Paul wybitnym wokalistą nie jest), zniekształcone wysokie tony – wszystko to sprawia wrażenie analogowej organiczności, ale i jednocześnie swego rodzaju brzmieniowego bałaganu i niechlujstwa.

Podczas gdy wychuchany „Traced In Air” nawiązywał miejscami do stylistyki „Focus”, „Kindly Bent To Free Us” to Cynic, który nie chce już nikomu imponować, czegokolwiek udowadniać. Paul zajmuje się tu drobnymi sprawami, których suma tworzy wielkie rzeczy. Teraz, w przerwie od fantazjowania o zniszczeniu tego świata, który Paul próbuje przed Wami uratować, wiecie, że fajnie, jak jest fajnie.

Kuba Kolan

Pięć